Kuttner Henry - Pułapka czasu, Kuttner Henry
[ Pobierz całość w formacie PDF ]Henry Kuttner
PUŁAPKA CZASU
Przełożyli
Julita Wroniak
Robert M. Sadowski
SPIS TREŚCI
PUŁAPKA CZASU ........................................ 7
Słowo wstępne .............................................. 9
OCZY THARA ............................................... 141
DRUGA STRONA LUSTRA ........................ 167
O AUTORZE .................................................. 209
PUŁAPKA CZASU
Przełożyła
Julita Wroniak
Ciśnięty przez rozpętaną energię atomową w głąb
czasu Mason miał tylko jedną szansę ocalenia Alasy,
władczyni starożytnego Al Bekr, Miasta Nauki, i pow-
rotu do własnej epoki, do roku 1939 — jeżeli odda
Greddarowi Klonowi, Władcy Czasu, swój mózg!
Niesamowita opowieść o ludziach porwanych z epok,
które dzielą tysiące lat, i przerzuconych w czasie do
prapoczątków cywilizacji!
WSTĘP
W szyscy wiemy, że jest lepszy i gorszy czas na zaznajomie-
nie się z daną książką. Jeśli moment jest odpowiedni, książka
potrafi zmienić nasz sposób patrzenia na świat, a nawet nasze ży-
cie. Może dziś, Czytelniku, nadszedł czas, abyś — jak ja przed
laty — sięgnął po powieść Henry'ego Kuttnera.
Z „Pułapką czasu" zetknąłem się po raz pierwszy w 1938 ro-
ku, kiedy jako uczeń szkoły podstawowej wziąłem do ręki amery-
kański magazyn Marvel Stories. Widząc krzykliwą okładkę z ry-
sunkiem Franka R. Paula, przedstawiającym nagą dziewczynę
wśród robotów, od razu zorientowałem się, że znalazłem coś, na
co czekałem.
Czy „Pułapka czasu" zmieniła moje życie? Nie całkiem. Ale
było w niej coś, co mnie ogromnie zainteresowało; czterdzieści
lat później, kiedy pisałem Moreau's Other Island, rodzaj hołdu
dla H.G. Wellsa, zauważyłem, że pożyczam od Kuttnera perwer-
syjną postać, która zafascynowała mnie jako dziesięcioletniego
chłopca: tajemniczą, egzotyczną kobietę nie należącą do gatunku
ludzkiego...
Tak właśnie funkcjonuje umysł pisarza: często zapomina
0 różnych rzeczach, które nagle owocują po latach. Dość nie-
zwykłe wydaje mi się również to, że mam zaprezentować tę po-
wieść polskim czytelnikom. Ale szczęśliwym trafem świat fanta-
styki naukowej zbudowany jest właśnie z takich i innych zagadek
1 sprzeczności; dla nas to już codzienność.
Kuttner nie należy do najbardziej sławnych pisarzy SF, ale
jego nazwisko jeszcze długo będzie żywe, gdyż potrafił opowie-
dzieć fascynującą historię i znaleźć dla niej właściwe słowa. Wy-
chowywał się w otoczeniu książek — jego ojciec był antykwariu-
szem, co niewątpliwie miało wpływ na młodego Kuttnera.
Urodził się w Los Angeles w 1915 roku, zmarł zaś w ro-
ku 1958. Zarabiał na życie pisaniem opowiadań SF, które dru-
kowały popularne (groszowe) magazyny nowojorskie. Prawdopo-
dobnie najważniejszym wydarzeniem w jego życiu był ślub
z Catherine L. Moore, również pisarką, która podobnie jak
Kuttner debiutowała na łamach Weird Tales. Odkąd zaczęli ze
sobą współpracować, ich twórczość nabrała głębszych treści.
Wspólnie osiągnęli ogromną popularność wśród miłośników fan-
tastyki, zwłaszcza wśród czytelników Astounding Science Fiction,
gdzie Kuttner publikował pod wieloma pseudonimami, z których
najbardziej znany to Lewis Padgett.
Właśnie w Astounding Science Fiction ukazały się opowiadania
(pisane wspólnie z C. L. Moore), którym pisarz zawdzięcza swoją
sławę: cykl o Łysych wydany później jako powieść pt. Mutanci
oraz drugi cykl, którego akcja toczy się pod morzami Wenus po
zniszczeniu Ziemi przez wojnę atomową; te opowiadania złożyły
się na powieść Nieśmiertelni.
„Pułapka czasu" poprzedza oczywiście te późniejsze powieści.
Jest to utwór melodramatyczny i zawierający wady typo-
we dla twórczości komercyjnej, jednakże jego dynamiczne tem-
po sprawia, że czyta się go znacznie płynniej niż wiele lepiej
napisanych powieści.
Główny bohater, Kent Mason, wpada w pułapkę czasu i zo-
staje przeniesiony z dwudziestego wieku w epokę poprzedzającą
nastanie cesarstwa rzymskiego. Trafia do Atlantydy zasypanej
piaskami Sahary*. Mieszka tam Greddar Klon, władca czasu,
którego odwieczne siły życiowe wymagają stałej regeneracji.
Jednym z ciekawszych pomysłów książki jest postać kobiety-
-lamparta, która na przemian fascynuje Masona i napawa go od-
razą. Pod tym względem „Pułapka czasu" wykazuje duże podo-
bieństwo do powieści Jacka Williamsona Legion Umarłych
opublikowanej w tym samym roku**. Bohater Williamsona rów-
nież na przemian odczuwa wstręt i pociąg do pięknej, niezwykłej
kobiety, z której emanuje wręcz metafizyczne zło. Kuttner i Wil-
liamson oczywiście nie pierwsi posłużyli się w literaturze postacią
* por. Atlantyda Pierre'a Benoit (przyp. red.).
** „Srebrny Glob", tom 2. Tytuł oryginalny „Legion czasu" (przyp. red.).
kobiety-wampa; wywodzi się ona z dalekiej przeszłości — na
przykład u Homera występuje jako Circe. Jednakże literatura fan-
tastyczno-naukowa stworzyła dla niej wiele zaskakujących i ory-
ginalnych wcieleń.
Erotyzm, zarówno w życiu jak i literaturze, jest obecnie bardziej
akceptowany niż w 1938 roku, więc siłą rzeczy „Pułapka czasu"
wydaje się dziś znacznie mniej śmiałą historią, niż kiedy czytałem ją
jako młody chłopiec. Wciąż jednak stanowi doskonałe przypo-
mnienie, że literatura SF od dawna łączy erotykę z rzeczami nie-
zwykłymi i dziwacznymi. Mimo popularnych akcesoriów, jak statki
kosmiczne, roboty oraz przyszłościowa, wielce skomplikowana
technika, zdrowy element erotyzmu zawsze był w niej obecny, choć
często zakamuflowany. No cóż, bez względu na to, co jakiś mędrek
mógłby twierdzić, pisarze są tylko ludźmi, tak samo jak czytelnicy
ich utworów.
Widoczne w twórczości Kuttnera przejawy tego, co można
określić mianem swobody obyczajów, nie zyskały aprobaty wśród
pewnych kręgów ówczesnego fandomu. Powodowani fałszywie po-
jętym purytanizmem ludzie ci domagali się literatury SF całkowi-
cie pozbawionej elementów erotycznych. W ten sposób wiele
współczesnych problemów także przestałoby istnieć. Trudno sobie
wyobrazić bardziej szarą utopię! Jednakże ten purytański stosunek
do życia i literatury fantastyczno-naukowej dominował przez wiele
lat. Na początku lat czterdziestych w Astounding Science Fiction
rzadko spotykało się jakiekolwiek wzmianki o seksie. Być może seks
ukradkiem powrócił do literatury SF właśnie dzięki parze Kuttner-
-Moore, która w takich utworach jak „ Vintage Season" i Nieśmier-
telni z wyraźną przyjemnością opisywała zmysłowe, dekadenckie
społeczeństwa przyszłości.
Wydaje mi się, że Kuttner i Moore czuliby się w swoim żywiole
w latach sześćdziesiątych — tej tak przecież liberalnej dekadzie.
Jednakże Henry Kuttner zmarł nagle na zawał serca w lutym 1958
roku, wkrótce po proroczym śnie. Odszedł w stosunkowo młodym
wieku.
Twórczość Kuttnera, jeśli nie liczyć dzieł powstałych w okresie
udanej współpracy z żoną, w sumie rozczarowuje. Zdarzały mu się
jednak samodzielne wzloty i wierzę, że „Pułapka czasu" właśnie do
takich należy. Brian w_ Aldiss
Rozdział I
ZIELONE MONOLITY
JVent Mason słaniając się ze zmęczenia dotarł na
szczyt wzgórza i rozejrzał się wkoło oczami obrzękłymi od
słońca. Spękane usta wykrzywiły mu się w gorzkim uśmie-
chu, kiedy patrzył na ciągnące się w nieskończoność skały
Pustyni Arabskiej, śmiertelnej pułapki niewyraźnej teraz
w strugach gwałtownego, lodowatego deszczu. Nad rozpoś-
cierającą się w dole równiną górowały dwie iglice skalne
i kiedy Mason przyjrzał im się, nagle na jego spalonej słoń-
cem twarzy pojawił się wyraz zaintrygowania. Rozpoznał
ogromne kolumny i w tym momencie zrozumiał, że jego
poszukiwania i życie dobiegną kresu niemal równocześnie.
Miał bowiem przed sobą legendarne bliźniacze wieże zagi-
nionego miasta Al Bekr, starożytnej metropolii zapomnia-
nej wiedzy, Miasta Nauki!
Przed dwoma miesiącami z portu Merbat wyruszyła na
poszukiwanie Al Bekr ekspedycja i przez sześćdziesiąt dni
bezskutecznie przemierzała jałowe pustkowia zwane przez
Arabów Rub-el-Chali. Stary doktor Cordell, szef wyprawy,
opierał swoje nadzieje na legendach, urywkach tekstów od-
czytanych z ostraków oraz napisie widniejącym na glinianej
tabliczce niedawno odkopanej na terenie starożytnego mia-
sta Ur, z której wynikało, że Zakazane Miasto stało na nie-
słychanie wysokim poziomie cywilizacyjnym.
Według inskrypcji Al Bekr był rzadko odwiedzaną
mieściną na Wielkiej Pustyni, aż nagle, w tajemniczych
14 Henry Kuttner
okolicznościach, nastąpił tam niebywały rozkwit nau-
ki i sztuki. Jednakże zmierzch kultury nastąpił równie
szybko jak jej rozkwit, z przyczyn, które albo nie były zna-
ne, albo nie zostały zapisane, i świetność Al Bekr minęła
bezpowrotnie. Historia ta stanowiła jakby skróconą wersję
legendy o Atlantydzie — wysoko rozwinięta cywilizacja
zniszczona w zagadkowy sposób.
Mason, archeolog wyprawy, był jej najmłodszym
uczestnikiem. Lecz jak na ironię właśnie on, zagubiony na
pustyni, sam jeden dotarł do miasta, w którego odkrycie
jego towarzysze już zwątpili. Doktor Cordell postanowił
zakończyć poszukiwania i wrócić do Merbat, a kiedy Ma-
son nalegał, żeby zbadać jeszcze znajdujące się w pobliżu
mało znane pasmo górskie, nie zgodził się na podjęcie
ostatniej próby.
O świcie Mason wymknął się z obozu zabierając naj-
szybszego wielbłąda; liczył, że dotrze do gór i najdalej
w ciągu dwóch dni dogoni wolno posuwającą się ekspedy-
cję. Ale plany te spaliły na panewce. Wielbłąd upadł łamiąc
nogę, kompas zaś uległ zmiażdżeniu. Od tego czasu minęły
trzy dni, a Mason wciąż błądził po wymarłym, spalonym
przez słońce piekle. Wkrótce zabrakło mu wody. Trawiony
głodem zastrzelił sępa i z obrzydzeniem zjadł twarde łyko-
wate mięso; później zaś, gdy wędrował już ledwo przytom-
ny, zgubił rewolwer. A teraz wyczerpany stał na wzgórzu
spoglądając na Al Bekr, Miasto Nauki!
Czas obszedł się okrutnie z legendarną metropolią.
Dwa olbrzymie słupy sterczące z piachu, gdzieniegdzie na
wpół zasypane szczątki obrobionych bloków. I to wszystko.
Dolina, szara i ponura w rzęsistym deszczu, była zupełnie
wymarła i pogrążona w ciszy. Mason miał jednak nadzieję,
że znajdzie tam schronienie przed przybierającą na sile
ulewą. Nad Rub-el-Chali rzadko szaleją burze, ale za to
swą gwałtownością przypominają kataklizmy. Wtem niebo
nad Masonem rozdarła błyskawica.
PUŁAPKA CZASU 15
Chwiejąc się z osłabienia, ruszył w dół po stoku. Ruiny
dawnych budowli rosły w miarę, jak mężczyzna się do nich
zbliżał. W okresie swojej świetności miasto musiało być
naprawdę imponujące.
Za wzgórzami ryknął grzmot. Słupy, które dzieliła nie-
wielka odległość, dawały częściowe schronienie przed desz-
czem. Mason oparł się o jeden z nich. Westchnął głęboko,
z ulgą, i rozluźnił obolałe mięśnie. Nagle jego pociągła
twarz ożywiła się. Powierzchnia monolitu, o który się opie-
rał, szorstka i sfatygowana, naruszona zębem czasu, była
niewątpliwie metalowa!
Ale jaki lud zdołałby wznieść te olbrzymie, sięgające
blisko piętnastu metrów wieże? To było nie do pomyślenia.
Mason, marszcząc w skupieniu czoło, zbadał powierzchnię
metalu. Nie umiał go zidentyfikować. Twardy, chropowa-
ty, o osobliwym, zielonkawym zabarwieniu; był to zapewne
jakiś nieznany stop.
Zagrzmiało złowieszczo, a po chwili następna błyskawi-
ca rozdarła powietrze. Niczym żarzący się, rozgrzany do
białości miecz przecięła niebo, spowijając w olśniewającym
blasku obie wieże. Mason poczuł, jak coś go unosi i odrzu-
ca w bok. Przez ułamek sekundy widział ścianę jasnego,
huczącego ognia, który tańczył między monolitami. Nastą-
pił moment nieznośnego napięcia, powietrze trzaskało od
elektryczności. Ciałem Masona wstrząsnął rozdzierający
ból, ból tak straszliwy, że mężczyzna aż zawył, choć żaden
dźwięk nie wydostał się z jego sparaliżowanej krtani. Coś
targnęło nim gwałtownie. W oczach mu pociemniało i za-
kręciło się w głowie, ale po chwili mrok ustąpił, rozpłynął
się. Jego miejsce zajął wspaniały blask.
Znikła pustynna dolina Al Bekr! Znikł ulewny deszcz,
mokry piach, huk grzmotów nad głową! Mason leżał na
plecach wpatrując się zaskoczonym wzrokiem w niezwykle
wysokie sklepienie, promieniujące dziwnym, zielonym
światłem, ku któremu pięły się oba monolity!
16
Henry Kuttner
Bliźniacze wieże, ale jakże zmienione! Znikły rysy i za-
głębienia spowodowane wielowiekową erozją. Ich połysku-
jące zielenią powierzchnie były teraz gładkie jak lustro.
Nieco dalej stały rzędy fantastycznych maszyn błyszczą-
cych w tym dziwnym świetle. Mason po raz pierwszy
w życiu widział takie urządzenia i nie miał pojęcia, do cze-
go mogą służyć te wszystkie tłoki, koła i rury o wymyśl-
nych kształtach. Sala była przestronna, okrągła, o ścianach
i posadzce z białego kamienia. Na ścianach znajdowały się
rozmieszczone w równych odstępach pręty z zielonkawego
tworzywa, które jaśniały zimnym ogniem.
Mason wyciągnął rękę i dotknął gładkiej powierzchni
zielonego monolitu. Dotyk podziałał na niego uspokajająco.
Jeszcze nie zwariowałem, pomyślał zupełnie oszołomiony.
Przypuszczalnie uderzenie pioruna wyzwoliło z tajemni-
czych wież jakąś niewyobrażalną siłę, dokonało zaskakują-
cej zmiany, której jeszcze nie potrafił zrozumieć. Wstał
powoli, spodziewając się niemal, że za moment ta niesa-
mowita sceneria przeistoczy się z powrotem w zalaną desz-
czem pustynną dolinę.
Za jego plecami czyjś niski głos warknął coś pytającym
tonem.
Mason odwrócił się szybko. Ujrzał śniadego, krępego
mężczyznę w przepasce na biodrach i sandałach; ze srogiej,
ogorzałej twarzy pokrytej bruzdami złowrogo spozierały
bladoniebieskie oczy. Nad wąskimi ustami sterczał duży,
orli nos. Mężczyzna znów coś burknął.
Istne szaleństwo! Mówił bowiem pradawnym, zapo-
mnianym językiem semickim, najczystszą formą prajęzyka
arabskiego, którym nikt oprócz naukowców nie posługiwał
się prawie od czterech tysięcy lat. Niejasne podejrzenie spra-
wiło, że Masonowi krew zastygła w żyłach. Wziął się jed-
nak w garść i z trudem zaczął szukać w pamięci słów. Znał
przecież ten język...
— Przybywam z dalekiego kraju — powiedział wolno,
niepewnie, spoglądając na ogromny bułat wojownika.
— Nikt nie ma prawa wstępu do miasta! — oznajmił
mężczyzna z dzikim błyskiem w oczach. — Władca za-
brania komukolwiek wejść do Al Bekr. Nikt też nie może
opuścić miasta!
Al Bekr! Mason pośpiesznie rozejrzał się dokoła. Czyż-
by jednak czas był odwracalny, wbrew temu co sądzi
nauka? Czyżby dziwna siła, którą błyskawica wyzwoliła
z monolitów, przeniosła go w zamierzchłą przeszłość? Ale
te maszyny, ta wspaniała budowla przemawiały nie za
przeszłością, lecz za potęgą odległej przyszłości.
Przyjrzał się uważnie wojownikowi i nagle doznał olś-
nienia.
— Al Bekr nie jest twoim rodzinnym miastem — rzekł.
— Nie potrzeba czarów, żeby to dostrzec — burknął
mężczyzna. — Jestem Sumeryjczykiem.
Masonowi opadła szczęka. Sumeryjczykiem?! Przed-
stawicielem tajemniczego, starożytnego ludu, który stwo-
rzył cywilizację w dolinach Eufratu i Tygrysu na długo
przed podbojem tych ziem przez Amorytów? Wojownik,
ogarnięty naraz podejrzeniami, podszedł bliżej; ruchy miał
kocie, a bułat lśnił złowrogo.
— Nie mam złych zamiarów — oświadczył pośpiesznie
Mason. — Przysięgam na Enlila!
Sumeryjczyk otworzył szeroko oczy.
— Na Enlila? Przysięgasz na...
Mason skinął głową. Wiedział, jaką czcią otaczali Su-
meryjczycy swojego najwyższego boga.
— Nie jestem twoim wrogiem — powiedział i poczuł,
że robi mu się słabo. Skutki trzydniowej tułaczki po Rub-
-el-Chali dały o sobie znać ze zdwojoną siłą. Nogi się pod
nim ugięły i na próżno starał się utrzymać równowagę.
Otoczyła go ciemność.
Sumeryjczyk skoczył do przodu i podtrzymał Masona,
otaczając go potężnym ramieniem. Wsunął bułat do poch-
wy, po czym schylił się i wziął archeologa na ręce jak
dziecko.
— Na Baala i wszystkich bogów mleka i wody z półno-
cy! — ryknął słowami przysięgi i dokończył: — Nie walczę
z człowiekiem, który przysięga na Enlila!
Jak przez mgłę Mason zdawał sobie sprawę, że Sume-
ryjczyk przerzuca go przez muskularne ramię i niesie
nie kończącymi się, skąpanymi w zielonym blasku koryta-
rzami. Był zbyt słaby, żeby protestować. Po pewnym czasie
wojownik ułożył go delikatnie na stosie futer. Mason po-
czuł, że jakiś płyn sączy mu się do gardła; chwycił butelkę,
którą Sumeryjczyk przyłożył mu do ust, i podniósł ją wy-
żej. Woda... nie, nie woda, chociaż płyn nie miał smaku
i był bardzo zimny. Wydawało mu się, że wraz z napojem
wchłania energię, która rozchodzi się po ciele, docierając
do każdej wysuszonej komórki. Opróżnił butelkę i oddał ją
Sumeryjczykowi.
Osłabienie minęło. Usiadł i rozejrzał się po pustym po-
koju o kamiennych ścianach i podłodze wyłożonej futrami.
Wojownik zerknął na butelkę smętnym, spragnionym wzro-
kiem i odrzucił ją na bok.
— Teraz powiedz, kim jesteś! — odezwał się gniew-
nie. — Nikt w tym przeklętym mieście nie słyszał o Enlilu.
A ty przecież nie jesteś Sumeryjczykiem.
Mason zaczął starannie dobierać słowa.
— Przybywam z odległych stron. Z leżącego na dale-
kim zachodzie kraju, do którego dotarła sława Enlila. Ale
skąd się tu wziąłem, tego nie wiem.
— Nasz Władca mógłby ci to wyjaśnić. Jak cię zwą?
— Mason.
— Ma-zon — powtórzył nadając sylabom osobliwe
gardłowe brzmienie. — A ja... nie, mów mi Uruk. Urodzi-
łem się w mieście Uruk, a czasem lepiej jest nie wyjawiać
swojego prawdziwego imienia. Jeśli kiedykolwiek opuszczę
Al Bekr, wolę, aby ludzie nie wiedzieli, że służyłem u Gred-
dara Klona. — Surowe oblicze Sumeryjczyka pociemniało;
popatrzył nieufnie na archeologa. — Znasz Władcę?
Zanim Mason zdążył odpowiedzieć, za drzwiami rozległo
się dudnienie. Zaskoczył go wyraz strachu a zarazem oburze-
nia, jaki pojawił się na twarzy Uruka. Drzwi się otworzyły.
W wejściu stał... metalowy człowiek. Stwór miał ponad...
[ Pobierz całość w formacie PDF ]