Ku pokrzepieniu, Coaching
[ Pobierz całość w formacie PDF ]Ku pokrzepieniu, czyli o wszechobecności piękna
Ku pokrzepieniu, czyli o wszechobecności piękna
I
Czasem, gdy rozglądamy się po swoim życiu, ze smutkiem odkrywamy, że wciąż jeszcze nie wygląda tak, jak byśmy
sobie życzyli. Spostrzegamy różnorodne braki, niedomagania, niespełnione pragnienia, „złośliwości losu”. Wciąż coś
przysłania nasze oczy i tak trudno spostrzec piękno. A ono jest czasem schowane, jak słońce za chmurami. Wiadomo,
że słońce wciąż świeci, lecz nie widać tego blasku. „Zatopieni w szarości” zaczynamy wierzyć, że istnieje jedynie owa
szarość. Wszędzie jest, niczym mgła o poranku. Lecz zapominamy, że za tą „mgłą” istnieje piękno. Nie dostrzegamy
nawet piękna, które jest w tej „mgle”. Tracimy powoli zdolność dostrzegania piękna.
Wydaje mi się, że jest to całkiem oczywiste, ale dodam na wstępie, że wszystko, co piszę jest jedynie moją percepcją –
percepcją Piotra P. Nie musi być prawdą – to jedynie mój punkt widzenia i odzwierciedla mój teraźniejszy poziom
świadomości, a raczej teraźniejszy poziom mojej nieświadomości. To wyjaśnienie jest potrzebne też dlatego, że będę
się wyrażał na przykład w języku „my”. Nie oznacza to, że „my” wszyscy lub „każdy” tak ma. Nie oznacza, że piszę za
kogoś lub za wszystkich – nie uzyskałem takiego pozwolenia czy choćby takiej propozycji. Nie będę też unikał
stwierdzeń typu: „niektórzy ludzie”, „wielu ludzi”, „ktoś” i temu podobnych, chociaż zawsze pojawia się wtedy kilka
pytań typu: „jacy ludzie?”, „skąd wiesz?” i temu podobne. Ostatecznie mogło mi się przyśnić. Generalnie chodzi o to, że
tak jest mi po prostu wygodniej. Środki wyrazy służą mi jedynie do tego, by pozostawać wciąż przy zjawiskach,
wnioskach, by „zmierzać za myślą”, a nie rozstrzygać, kogo to dotyczy. Chodzi więc o przejrzystą formę i stworzenie
każdemu możliwości wyboru tego, co chce dla siebie „wziąć”, przemyśleć, a odrzucenia pozostałych rzeczy. Nie ma
konieczności identyfikowania się ze wszystkim lub nawet z czymkolwiek. Nie ma przymusu, by zaliczać się do:
„wszyscy”, „inni”, „wielu ludzi”, „ktoś”, zawsze można po prostu pozostać przy „ja”.
Moim celem nie jest krytykowanie kogokolwiek, degradowanie lub wyśmiewanie, moim celem jest zrozumienie,
świadomość i odnalezienie prawdziwego siebie. Moim celem jest wyrwanie się iluzjom, wyjście poza „wszyscy”, poza
„każdy”, poza „ja” – poza wszelkie twory umysłu, czyli poza wszelkie fikcje. To czym się zajmuję, to tylko wskazywanie
na „coś” i zaproszenie do „jakiegoś” spojrzenia, a nie stwierdzanie faktów czy jasnowidzenie na temat wszystkich ludzi
lub kogoś konkretnego. Zbyt mało znam samego siebie, a co dopiero odważyć się mówić o innych ludziach. Zajmuję się
tym, co ludzi dotyczy, procesami, zjawiskami, a nie personalnie nimi samymi i to całkiem oczywiste, że mam
ograniczoną percepcję – jak każdy.
Poza tym wiadomo, że
każdy ma zdolność opisania jedynie własnego świata.
Może nam się wydawać, że mówimy
o innych ludziach, ale w rzeczywistości zawsze opisujemy „swój świat”. Opisujemy jedynie swoje postrzeganie innych,
a nie owych innych. Z tego powodu człowiek, który potrafi słuchać z ciekawością i uważnością innych ludzi tak wiele
o nich wie. Można powiedzieć, że taki człowiek zna „wiele światów”. Prawdę mówiąc nie jest to w ścisłym sensie
prawda. Taki człowiek nie nabywa bowiem zdolności wejścia w inne światy. Stwarza takie wrażenie, ponieważ potrafi
tak bardzo rozszerzyć granice własnego świata, że jakby „wchłania” inne światy. To kwestia jedynie szerszej percepcji –
nic poza tym.
Im więcej ktoś zyskuje wewnętrznej (czyli jedynej wartościowej i prawdziwej) wolności tym
większym staje się jego świat.
I nie ma żadnych granic dla tego procesu. Jednak cokolwiek zacznie wyjaśniać,
opisywać, zawsze pozostanie tylko w swoim świecie. Może być on większy, bardziej przestrzenny, wielopiętrowy,
wielowymiarowy, ale nadal to tylko jego świat i tylko o nim może coś (cokolwiek) powiedzieć.
Właściwie nie będzie w tym artykule żadnych rewelacji – tak mi się przynajmniej wydaje – ponieważ o wszystkim już
kiedyś ktoś pisał. Może w innym języku, może w innej formie. Poza tym
zgadzam się z twierdzeniem, że cała
możliwa wiedza jest w nas (w każdym z nas) od zawsze.
To, że nie potrafimy jej z siebie wydobyć, spostrzec jej
w sobie lub skorzystać z niej, nie oznacza, że jej tam nie ma. Jest.
Jednym z naszych życiowych zadań jest ją
odnaleźć, przypomnieć sobie wszystko, o czym nie pamiętamy i odzyskać wolność, której w rzeczywistości
nikt nam nie odebrał.
Sami z niej rezygnujemy każdego dnia – ale do tego pewnie dojdziemy nieco później.
Dość wyjaśnień wstępnych. Zaczynajmy.
Często wpadamy w pułapkę „negatywnej percepcji”.
Jest to percepcja wielce „krytyczna” i nieskończenie
„zadaniowa”. Wciąż pokazuje nam, co należy jeszcze osiągnąć, jak wiele jest wciąż do zmiany, jakimi to rzeczami
powinniśmy się jeszcze frustrować i wreszcie je zmienić. Pokazuje nam nasze życie w krzywym zwierciadle i przysłania
wiele piękna, które w nim (życiu) jest. Uruchamia nas wciąż do jakich działań i to do tego stopnia, że nie potrafimy się
temu wyrwać. Nie potrafimy cieszyć się czymkolwiek w teraz, nie dajemy sobie prawa do odpoczynku, do radowanie się
tym, co jest w tej chwili. W ogóle tego najczęściej nie dostrzegamy lub traktujemy jak zbyt mało ważne błahostki.
Większość z tego, co widzimy, widzimy przez pryzmat niedomagań, niedoborów, przeszłych prawd
i pretensji, bolesnych zdarzeń lub wyobrażeń doskonałej przyszłości.
Lecz taka (doskonała) przyszłość wciąż
jakoś nie nadchodzi i jest to właściwie proste do wyjaśnienia, ponieważ ze sfrustrowanej teraźniejszości trudno
zbudować piękną przyszłość. Jutro jest wynikiem, konsekwencją dziś – to oczywiste, a skoro dziś pozostawia wciąż tyle
do życzenia, więcej w nim smuci niż cieszy, to niby w jaki sposób ma „stworzyć” piękne jutro. Jeżeli dziś jest pełne
napięcia, to w jaki sposób jutro ma stać się spokojem? – mało realne.
Druga sprawa dotyczy pytania „kto?” – kto ma nam zbudować naszą piękną przyszłość? Wiadome jest, że skoro
1 z 10
03-05-08 20:40
Ku pokrzepieniu, czyli o wszechobecności piękna
podróżujemy gdzieś mentalnie – bez znaczenia w przeszłość czy w przyszłość – to nas Tu i Teraz właściwie nie ma.
To
nie jest żart – jesteśmy nieobecni w swojej teraźniejszości.
Więc, skoro nas tutaj nie
ma, to jak mamy tutaj
cokolwiek zbudować? To się nie wydarzy. To ciekawa sprzeczność. Chcemy Teraz i Tutaj doświadczać
wielkiego piękna, zaznawać radości, błogości, bliskości, miłości, spokoju i wielu innych rzeczy, ale nie
mamy zamiaru Teraz i Tutaj tego dla siebie stwarzać.
Znikamy i czekamy na cud. W tym kontekście cud nie
istnieje – istnieje prosta i oczywista konsekwencja. I rzeczywiście nie doświadczamy cudu. Zastanówmy się. Skoro my
znikamy, to kto tworzy nam to „coś” – tę naszą rzeczywistość? To nasza nieobecność „coś” tworzy, a kiedy wracamy
jesteśmy dodatkowo zaskoczeni, że to „coś” nie jest nasze. No niby jak ma być nasze, skoro my tworzyliśmy w tym
czasie fikcję w swoim umyśle?
Poszukujemy piękna, radości, szczęścia, spokoju nie tam, gdzie należy.
Zmierzamy albo na zewnątrz
i oczekujemy, że ktoś nam to ofiaruje w prezencie, albo udajemy się w podróże mentalne w przeszłość/przyszłość (do
nierealności, której nawet nie ma) i mamy nadzieję, że tam to odnajdziemy i przeniesiemy do dziś. Nie da się. Daremne
starania. To tak, jakbyśmy chcieli „zdjąć” słońce z nieboskłonu i zawiesić je w swoim pokoju zamiast żyrandola. No…,
nie da się i tyle. Byłoby pięknie mieć słońce pod sufitem, ale się nie da. Możemy to sobie wyobrażać, ale nie da się tego
zrealizować.
Realne piękno jest wszędzie wokół nas.
Zewsząd nas otacza.
Jesteśmy zaślepieni iluzją, którą przynosimy
z naszych nierealnych podróży.
Nasze oczy są zajęte porównywaniem tego, co mamy (czyli iluzji stwarzanej przez
naszą nieobecność), z tym, co sami sobie stwarzamy w „nigdy” (czyli iluzji z przeszłości lub przyszłości). Dodatkowo
swoją energię inwestujemy w chęć zastąpienia jednej iluzji drugą. Bawimy się w to i nawet tego nie zauważamy. To
chyba jakiś szczyt iluzji, a już na pewno jeden z kilku najwyższych. Ależ my lubimy zdobywać szczyty. Tylko czemu
muszą to być szczyty głupoty? Mniejsza o to.
Piękno jest. My go nie widzimy, ale ono jest.
Otacza nas świat pełen piękna.
Zapachy, widoki, błogość, spokój,
harmonia – życie nas otacza. Zaprzestaliśmy się zachwycać – to nasz wybór. Przestaliśmy się delektować – to nasze
znieczulenie. Przestaliśmy dostrzegać – to nasza ślepota. Przestaliśmy słyszeć śpiew ptaków – to nasza głuchota.
Myślimy, że zajmujemy się rzeczami ważniejszymi? Co to za rzeczy ważniejsze? Mówimy, że nasze życie? No ciekawe.
A jak my się tym zajmujemy, że mamy tego życia tak dość? Tak naprawdę w ten sposób robimy z naszym życiem byle
co. Takie to jest zajmowanie się.
Skupiamy się na odczuwaniu wszelkich braków i niezadowoleń, zamiast skupić się na odczuwaniu w ogóle.
To jeden z naszych niesamowitych skarbów. Możemy czuć. I tak dalej. Możemy widzieć, słyszeć, smakować, dotykać,
wąchać. Wciąż nam mało, to kiedy będzie nam dość? Nie potrafimy zachwycić się pięknem kwiatu lub tęczy, śpiewem
ptaków lub podmuchem wiatru, niewinnym i jasnym uśmiechem dziecka, szczerą łzą wzruszenia lub nawet bólu,
dźwiękiem swojego głosu, ciszą poranka o wschodzie słońca, gwieździstym niebem, krokiem po miękkiej trawie,
ożywczą kąpielą w zimnym strumieniu, uściskiem ukochanej osoby, wtuleniem, spojrzeniem, bliskością, łykiem zimnej
wody w upalny dzień lub milionem innych rzeczy i zjawisk.
Odczuwamy
– to jest przecież cudowne. To właśnie jest
niesamowite.
Mamy zmysły i używamy ich najczęściej do tego, by się źle czuć – coś jest z nami nie w porządku. Jesteśmy chorzy.
Nie. Jesteśmy raczej martwi. Widziałem wielu chorych, którzy mieli w sobie ogrom zachwytu, radości, szczęścia,
spokoju, pogodzenia, miłości, błogości, wdzięczności, piękna – tak, są pełni piękna, więc i wokół nich jest piękno. To
zaskakujące, oni potrafią to wszystko przeżywać – właśnie oni.
Chorzy są najbardziej „zdrowi”, a zdrowi są
najbardziej „chorzy”.
Mówimy wiele o rozwijaniu się – mówimy.
Ciągłe mówienie o swoich, a tym bardziej cudzych niedomaganiach,
o nieodkładalnych zadaniach, o zniewalających wzorcach, o nieużytecznych przekonaniach i o wielu innych
ważnych i poważnych rzeczach nie oznacza jeszcze rozwijania się.
Rozwój ma nie wiele wspólnego z gadaniem.
Ma o wiele więcej wspólnego z myśleniem. A jeszcze więcej z doświadczaniem, czuciem i myśleniem. „Myślenie” (więc)
oznacza tu odwagę stawiania sobie dogłębnych pytań, oznacza krytykę swoich skostniałych przyzwyczajeń, oznacza
konfrontację z wszelkimi własnymi lękami, oznacza doświadczanie samego siebie w najgłębszej głębi, oznacza kontakt
z wszystkimi swoimi emocjami, oznacza ciekawość odkrywania swej prawdziwej istoty, oznacza bycie bezgranicznie
szczerym wobec siebie, oznacza determinację w odkrywaniu prawdy – jakakolwiek by była.
Rozwój to schodzenie
do centrum i bycie z samym sobą.
I w rzeczywistości nie chodzi tu o ciągłe robienie czegoś lecz o bycie, o świadomą
obecność. Wyobraź to sobie, siedzisz w ciszy i nic nie robisz, myśli przychodzą i tak samo odchodzą – wszystko
łagodnie płynie, a ty pozwalasz dziać się temu i jedynie doświadczasz siebie. Niby proste, ale tego się właśnie obawiamy
– doświadczenia siebie. Kto wie, co się pojawi. Stwierdzenia, że to przecież nudne lub głupie są jedynie „zasłoną
dymną” i lękliwym sposobem unikania najważniejszej z istniejących konfrontacji. Cóż, wciąż wolimy pozostać
na zewnątrz i tam się bezsensownie konfrontować, wolimy zostać w znanym sobie na pamięć własnym „światku”.
Myślimy, że myślimy. Myślimy, że się rozwijamy.
Wydaje nam się, że pracujemy nad sobą, a w rzeczywistości
„zapadamy się” w rozpamiętywaniu i przeżywaniu wciąż tych samych tragedii na nowo.
Myślimy, myślimy,
myślimy. To raczej przypomina jakąś formę neurozy. Oburzamy się, gdy ktoś nas o to posądza, ale tak to wygląda. Tu
nawet nie chodzi o ilość tych wszystkich myśli, ani o ich rodzaj. Neuroza nie ma z tym nic wspólnego.
Problemem nie
jest myślenie, problemem jest brak dystansu do tego wszystkiego (co myślimy i czujemy).
To jest prawdziwe
sedno neurozy. Jeżeli ktoś nie potrafi podejść z dystansem do własnych myśli i uczuć, zapada się w nich, pochłaniają go
doszczętnie, ciągną w jakąś koszmarną otchłań. Po jakimś czasie taki człowiek traci zupełnie zdolność przyglądania się
czemuś z dystansu, niemożliwym staje się dla niego przejście „nad czymś” z uśmiechem, jego życie staje się bardzo
poważnym doświadczeniem (żeby nie użyć słowa tragicznym). Poza tym jesteśmy tak bardzo przywiązani do własnych
(przestarzałych) poglądów, postaw, że prędzej się zamęczymy, niż z nich zrezygnujemy. To już nie tylko neuroza, to
jeszcze dodatkowo psychoza. Nie da się ukryć, wyglądamy na nieźle „porąbanych”.
2 z 10
03-05-08 20:40
Ku pokrzepieniu, czyli o wszechobecności piękna
Gdyby ktoś nakręcił o nas film dokumentalny pod tytułem „Tydzień z życia…”
i obejrzelibyśmy go naprawdę
uważnie, to moglibyśmy mieć kilka zaskakujących wniosków. Po pierwsze, mielibyśmy wątpliwości, że to nasze życie
(wyparcie) lub, że ktoś specjalnie wybrał zły moment i był tendencyjny, złośliwy, nastawiony negatywnie do nas
(przeniesienie). Po drugie, moglibyśmy nabawić się dodatkowej traumy z powodu ślepoty, głuchoty, nieczułości, bo
pewnie trudno byłoby nam uwierzyć, że możemy tak wielu rzeczy nie doświadczać, choć nas otaczają. Po trzecie,
moglibyśmy się zastanawiać nad tym, czy nie zostaliśmy poddani jakiejś niezauważalnej formie hipnozy (oczywiście, że
tak – autohipnozie). Po czwarte, moglibyśmy mieć wrażenie, że śpimy. Po piąte, moglibyśmy mieć wrażenie, że to nie
tylko spanie, ale też jakiś koszmarny, śniony sen. Po szóste, że jesteśmy bezmyślni i automatyczni, jak nakręcone
„bawidełka”. Po siódme, że…. Po ósme, że…. Wiele rzeczy, wiele smutnych i zaskakujących odkryć.
Tak czy inaczej bylibyśmy na pewno zaskoczeni, że tak właśnie żyjemy, że tak to wygląda, gdy się na to patrzy nieco
z dystansu, z boku, z „lotu ptaka”. Z jednej strony moglibyśmy dostrzec wiele możliwości, których nie dostrzegamy
będąc „w centrum” akcji, ale z drugiej moglibyśmy sobie niestety uświadomić, jak wiele czasu zmarnowaliśmy i nadal
marnujemy. Moglibyśmy zauważyć swoje ulubione sposoby na unieszczęśliwianie samego siebie. Moglibyśmy zobaczyć
swoje bezsensowne „zaangażowanie”. Moglibyśmy zdać sobie sprawę z własnej nieudolności. Moglibyśmy zauważyć, że
mamy mnóstwo możliwości wyborów i nie korzystamy z tego. Moglibyśmy zdać sobie sprawę z własnej głupoty.
Moglibyśmy pomyśleć, że sami nie szanujemy siebie i swojego życia. Moglibyśmy „stracić oddech” na widok swojej
ślepej lojalności wobec własnych iluzji. Moglibyśmy przerazić się własną „konsekwencją” w niszczeniu siebie
i zaprzepaszczaniu szansy po szansie. Moglibyśmy dostrzec, że odgrywamy rolę „ofiary”, która czeka na „Jezusa”,
a spotyka jednego „szatana” po drugim. Wreszcie moglibyśmy doświadczyć dotkliwie bezradności widząc swoją
wyuczoną bezradność. Naprawdę mogłoby nas zemdlić. Moglibyśmy przeżyć prawdziwy szok. Zresztą nie sądzę, by
komukolwiek udało się wytrzymać na tej premierze dłużej niż dziesięć minut i na pewną nie byłoby nam łatwo uwierzyć,
że tak właśnie realnie żyjemy. To byłby najtrudniejszy spektakl, jaki można sobie wyobrazić.
Miało być o wszechobecnym pięknie. Gdzie się podziało piękno? Jest tu, jest właśnie tu. Może powinniśmy obejrzeć taki
„film”?! Może powinniśmy zauważyć w takim doświadczeniu nie tylko ból, ale przede wszystkim ogromną możliwość –
i piękno. Wreszcie mielibyśmy szansę spojrzenia na siebie z odpowiedniej perspektywy. To mogłoby nam pomóc się
przebudzić ze snu. To mogłoby oznaczać nasze prawdziwe narodziny. Taka szansa – to jest niesamowicie piękne. Mamy
naprawdę niesamowite szczęście.
Otrzymujemy od życia jedną szansę po drugiej. Nie ma znaczenia ilu nie
wykorzystaliśmy. To już było. Szkoda łez. Znaczenie ma to, że wciąż są nowe. Znaczenie ma to, że
w każdej chwili możemy pójść inną drogą. Znaczenie ma to, że zawsze mamy wybór. Znaczenie ma to, że
jesteśmy wolni, by stać się Wolnymi.
To piękne, ale my jesteśmy ślepi. Nie dowierzamy i dlatego nawet nie
próbujemy. Jesteśmy ślepi na takie piękno.
Sami ograniczamy własną percepcję.
Skupiając się na niedoborach dostarczam im dodatkowej energii i one wciąż
wzrastają, bardziej i bardziej. W zgodzie z zasadą: „wzrasta to, w co inwestujesz swoją energię”. Więc zdecydowanie
sensowniejszym zajęciem (a już na pewno tak samo ważnym) jest, budowanie równowagi i skupianie się na wszystkim
tym, co działa – czyli (przynajmniej) energia po równo. Nie chodzi o to, by zaprzeczyć trudnościom lub je zignorować.
Nie chodzi o to, by udawać, że wszystko gra, gdy tak nie jest.
Chodzi o równowagę w cieszeniu się i zajmowaniu
trudnościami.
Jeżeli przestaniemy świętować, cieszyć się, to skąd weźmiemy energię na przezwyciężanie trudności.
Nikt o zdrowych zmysłach nie planuje wejścia na ośmiotysięcznik jednego dnia. Wysiłek, regeneracja, wysiłek, święto,
wysiłek, zachwyt, wysiłek, radość, wysiłek, piękno – krok po kroku. Równowaga.
Sukces jest nie tylko
w osiągniętym celu, ale też w sposobie i w drodze.
Wszystkie te rzeczy razem są potrzebne, by mieć sukces,
a może i więcej. I równowaga. Nie „coś” kosztem „czegoś” innego. Oczywiście możemy dokonać wyboru i „coś” mieć,
a z „czegoś” zrezygnować, ale kwestia wolnego wyboru nie jest tym samym, co „coś” kosztem „czegoś”.
Staliśmy się bardzo egoistyczni, egocentryczni, jednostronni.
Chcemy wyizolować się z Całości. Chcemy
oddzielili się od Jedności. Już sama wiara, że jest to możliwe nie jest zdrowa, ale realizacja takiego wierzenia zasługuje
na miano szczytu szczytów iluzji. I nam się wydaje chyba, że to naprawdę jest możliwe. Trudno w to uwierzyć, ale fakty
to fakty.
Przeżywamy szczególny rodzaj amnezji i zaślepienia.
Brniemy w „bagno” na własne życzenie i zależy nam
jedynie na tym, by grano nam przy tym naszą ulubioną muzykę.
Uwaga: bagno ma to do siebie, że wciąga. Ten
rodzaj zaciemnienia umysłu zdarza się chyba raz na wiele setek tysięcy lat, bo źródła nie podają o takich faktach
w przeszłości – znaczy dawno to być musiało. Może takie świadectwa zniknęły z jakąś cudowną kulturą, a może przez
takie wydarzenia te kultury zniknęły? Sumer, Atlantyda, Lemuria – kto wie?
Wyjaśnienie tej indywidualistycznej idei jest nader proste.
We Wszechświecie wszystko dzieje się w relacji.
Nic
nie wydarza się w izolacji, w oddzieleniu. Cokolwiek się dzieje jest związane z czymś innym. Wieczne wzajemne
„zazębianie się”.
Wieczne współistnienie.
Czasem są to zjawiska odległe tak bardzo, że ich nie spostrzegamy
w parze, ale relacja jest jedną z pewniejszych rzeczy. Właściwie występuje nie tylko relacja, ale równoczesność,
ponieważ istnieje tylko jeden czas – teraźniejszość. „Życie układa się parami” – to nie są jedynie słowa piosenki
z dawnych lat, to wielka mądrość. Nawet fizyka kwantowa już to odkryła – bardzo duchowa nauka. Naukowcy nie
do końca wiedzą, co z tym zrobić, ale już to odkryli i mają dowody. To niesamowite, że najwięksi sceptycy sięgają
największych szczytów duchowości. Piękne. Naprawdę piękne.
Wróćmy do naszych rozważań.
To, o czym teraz mówimy, reprezentuje się w rzeczywistości bardzo prosto.
Pamiętamy o swoich oczekiwaniach
3 z 10
03-05-08 20:40
Ku pokrzepieniu, czyli o wszechobecności piękna
wobec innych, ale zapominamy jednocześnie, że inni też mają swoje oczekiwania wobec nas.
Jesteśmy
skupieni na własnych potrzebach do tego stopnia, że potrzeby innych w ogóle znikają. Bierzemy pod uwagę jedynie
swoje racje, i tak dalej i dalej. Można mnożyć bez końca. Nie o to chodzi. Mamy nauczyć się dostrzegać piękno. Czy ono
może tu być ukryte? Oczywiście, że jest. Piękno jest w naszej umiejętności dostrzegania i diagnozowania. Nie robimy
z tego odpowiedniego użytku i w tym problem. Skupiamy się na części, zamiast na całości. No i dodatkowy kłopot
polega oczywiście na jednokierunkowości.
Oczekujemy wszystkiego dla siebie, nic nie dając. Poza tym
oczekujemy od innych, a nie od siebie.
Kilka kwestii – taka mała molekuła. Oczywiście nam się wydaje, że dajemy
całe mnóstwo rzeczy od siebie. Podkreślam – nam się wydaje.
Wiele naszych problemów ma swój początek w naszej małej wnikliwości, w naszej powierzchowności.
Nie
zagłębiamy się w znaczenia słów. „Idziemy” zbyt często po wierzchu. Przyjmujemy założenie, że egoizm jest
pejoratywny i robimy wszystko, by o nas tego nie pomyślano, a im bardziej to robimy, tym bardziej niestety stajemy
się egoistami. Skąd się to wzięło? Otóż, powszechnie zawęża się egoizm do działania z myślą o sobie. Bardzo płytkie
podejście. Zbytnie uogólnienie. Poza tym, co w tym dziwnego? To dość naturalne dla człowieka, że ma swoje życie
na widoku – tak być powinno. Kwestia egoizmu jest nieco bardziej skomplikowana.
Nie można nazwać egoistą
kogoś, kto dba o swoje życie, pracuje nad nim i nie czeka, że ktoś dokona czegoś za niego.
To mądrość, a nie
egoizm. Niestety bardzo często byliśmy „częstowani” (na przykład przez własnych rodziców) komentarzami: „nie bądź
egoistą” w sytuacjach zupełnie nieadekwatnych, by to powiedzieć. Więc z czasem, każde swoje działanie na rzecz siebie
zaczęliśmy wkładać w pejoratywny aspekt egoizmu. Nawet nie zadaliśmy sobie pytania o definicję egoizmu. Coraz
bardziej nieruchomieliśmy i coraz bardziej wierzyliśmy (oczekiwaliśmy), że inni zrobią wszystko za nas. W ten sposób
niespodziewanie stawaliśmy się mistrzami tego, czego chcieliśmy tak bardzo uniknąć.
Egoizm jest chęcią
podporządkowania sobie innych, jest wymuszaniem działań innych ludzi na rzecz siebie.
Jest postawą
wewnętrznej nieruchomości jednostki przy jednoczesnym oczekiwaniu, że cały „zewnętrzny świat” będzie bardzo
zaangażowany w uszczęśliwianie owej jednostki. Zero dawania i nieskończoność brania od innych ludzi. Postawa: „mnie
się to od was należy”. To jest właśnie egoizm.
W egoizmie nie chodzi o branie od siebie samego.
Branie od siebie
jest wręcz zalecane. Jeśli ktoś ma coś dla nas zrobić, to przede wszystkim my sami dla siebie. To przejaw dojrzałości,
a nie egoizmu, ponieważ oznacza przejęcie odpowiedzialności za własne życie.
Egoizmem jest cedowanie
odpowiedzialności za swoje życie na innych ludzi i oczekiwanie, że zrezygnują ze swojego życia po to, by
zająć się naszym.
Nawet gdyby tak mogli uczynić lub uczynili, nie są w stanie nas zadowolić – nikt poza nami tego nie
potrafi. Tak to wygląda.
Jesteśmy zaślepieni własnymi pragnieniami.
Czasem nawet można odnieść wrażenie, że wierzymy w to, iż
wszyscy wokół są jasnowidzami, którzy powinni wiedzieć, co i kiedy nam „dać”, byśmy czuli się szczęśliwi. Tak, jakby
wszyscy żyli jedynie dla nas. To jeden ze sposobów na dojechanie do stacji „paranoja”. Człowiek zaczyna spostrzegać
wszelkie zachowania ludzi, jako odnoszące się do niego. Wciąż tkwi w jakichś skomplikowanych procesach myślowych,
wartościuje, co to mogło oznaczać, ocenia, dokonuje osądów, domyśla się i najczęściej niestety nadaje owym
działaniom negatywne znaczenie. Nic dziwnego skoro jest rozdrażniony, niezadowolony, sfrustrowany, bezradny – a tak
się właśnie czuje. Ludzie robią wiele różnych rzeczy z wielu najprzeróżniejszych powodów i do głowy by im pewnie nie
przyszło, że ktoś mógłby pomyśleć, iż to do niego się odnosi.
Starajmy się chociaż zachować jakiś zdrowy dystans. Patrzymy na świat w niepowtarzalny i charakterystyczny dla
siebie sposób.
Nikt poza nami nie przeżywa tego co my. Nikt nie widzi świata takim, jakim my go widzimy.
Nie oczekujmy więc, że będzie zawsze wiedział, rozumiał, co się z nami w tej chwili dzieje. Patrzymy przez własne filtry
na świat. Nikt więcej takich nie ma – to jak linie papilarne – są wyjątkowe u każdego człowieka.
Trudno to dostrzec lub przyznać się do tego przed samym sobą, ale najczęściej przenosimy na innych
(zupełnie nieświadomie) swoje mniemania, swoje ograniczenia, swoje założenia, swoje intencje.
Spodziewamy się, że ludzie myślą to lub tamto, że mają taki, a nie inny zamiar, że niewątpliwie ich intencją było….
Teraz siebie traktujemy jak jasnowidzów. Jesteśmy święcie przekonani, że mamy rację. Potrafimy nawet to komuś
udowodnić, a przynajmniej będziemy się starać. W rzeczywistości chcemy to udowodnić samemu sobie, a nie komuś.
On i tak pozostanie przy swojej prawdzie – to pewne.
Pułapka, w którą wpadamy jest dość prosta.
Wciąż wyświetlamy sobie w głowie „filmy z przeszłości”
i spodziewając się czegoś, niewątpliwie zaczynamy to dostrzegać w teraźniejszości.
Nadajemy temu również
dobrze znajome znaczenia i kłopot gotowy. To po prostu nasz nieświadomy nawyk i brak wewnętrznej dyscypliny.
Wierzymy, że życie się powtarza. Ale życie nigdy się nie powtarza.
Życie żyje wciąż nowym życiem.
Nie można
wejść dwa razy do tej samej rzeki. Można wejść ewentualnie dwa razy do tej samej „nazwy rzeki”. Nie można dwa razy
przeżyć dokładnie tego samego stojąc w tej rzece. Każde doświadczenie jest świeże, niepowtarzalne, nowe, wyjątkowe.
Tak samo jest z ludźmi.
Zmiana w ludziach jest czymś nieuchronnym. Dziś, w tej chwili spotykasz zupełnie
nowego „starego” człowieka.
Wydaje ci się tylko, że to ten sam człowiek – ale on się wciąż zmienia. Jedna jego
myśl, jedno doświadczenie odmienia go zupełnie co chwilę. Ty również nie jesteś ten sam dziś, co wczoraj. Pogódźmy
się z tym, ponieważ zmienić tego się nie da. Nawet na poziomie fizjologii jest tak samo. Poza ośmioma komórkami
pierwotnymi, które masz w okolicach krocza, wszystkie się wciąż wymieniają. Fizjologicznie najstarszy człowiek
na ziemi ma siedem lat. To przejawy wiecznie towarzyszącego nam piękna. Pomyśl, nie możesz tak naprawdę
przeżywać „de ja vu” – to cudowne. Wiesz, co to oznacza? Pomyśl.
Masz co chwilę nowe życie.
Spotykasz co chwilę
nowych ludzi. Upieramy się, że oni się nie zmieniają. My tak, owszem, zmieniamy się (oczywiście wciąż na lepsze), ale
oni są (wciąż) tacy sami wredni, nieczuli, złośliwi, itp. Wydaje nam się, że ktoś urodził się dupkiem i ewentualnie (wciąż)
rozwija się w tym kierunku, by być jeszcze większym. Ciekawe podejście. To przynajmniej niedorzeczne, a właściwie
po prostu niesprawiedliwe. Spełnia tylko jedną rolę.
Degradując kogoś chcemy polepszyć swój wizerunek.
Ale to
nie jest sensowna droga. W rzeczywistości jest dokładnie tak samo, jak z egoizmem. Takie postępowanie jest
najprostszym sposobem na degradowanie samego siebie.
4 z 10
03-05-08 20:40
Ku pokrzepieniu, czyli o wszechobecności piękna
I jeszcze jedno, w każdej chwili stwarzamy swoją prawdę.
Skoro wszystko się zmieniło, to wczorajsza prawda
nie może być aktualna. Nie ma żadnego przymusu myślenia tego, co myśleliśmy wczoraj.
Istnieje jedynie wolny
wybór. Prawda jest taka, że wciąż stwarzamy. Powielanie nie ma racji bytu, a ci, którzy myślą, że ma, żyją
w letargu.
To nie jest tak, że powtarzają wczorajszą prawdę. W tej chwili ją stwarzają zupełnie od nowa. Ona tylko
brzmi podobnie w słowach, ale nie znaczy tego samego na poziomie głębi. To zupełnie nowa „prawda”. Mogliby
stworzyć każdą inną, ale wybierają tę. Życie poszło do przodu, ludzie się zmielili, nic nie jest już takie samo. Jeśli
jednak ktoś podejmuje decyzję, by mimo tego stworzyć „nową – starą prawdę”, dokona tego. Oczywiście musi podjąć
odpowiednie działania, by tak się stało, ale cokolwiek by zamierzył, działanie jest nieodzowne. Nie ma tu żadnej różnicy,
poza oczywiście efektem końcowym. Energię, tak czy inaczej musi zainwestować. Dlaczego musi się tak napracować, by
ponownie stworzyć tę samą rzeczywistość wokół siebie? Odpowiedź jest dość prosta i oczywista. Po prostu wszystkie
elementy układanki uległy już zmianie.
Wczorajsze nie jest aktualne dziś.
Więc, konieczne jest nowe
„dostosowanie”. Frustrująca jest ta zabawa – nieprawdaż? I mimo tego toczy się wokół wciąż. Rozejrzyj się. Ale to nie
jest problemem – przynajmniej nie całkiem twoim problemem. Twoim jest ewentualnie fakt, że również się w to bawisz.
Pamiętaj o tym, co piękne. W każdej chwili stwarzasz swoją prawdę.
Teraz również. W tej chwili masz
do podjęcia decyzję, starać się wejść do starej „nazwy rzeki” czy nie?
Pojawia się jeszcze następny ważny wątek. Jest rozwinięciem tego aspektu, wokół którego wciąż orbitujemy. To częsta
przyczyna naszych (najczęściej nieuzasadnionych niestety) pretensji. Zamyka się w pytaniu:
Ktoś nam czegoś nie
daje, a może my czegoś nie przyjmujemy?
To dwie różne rzeczy, a łatwo je pomylić?
Czasem jesteśmy tak skupieni na tym, co spodziewamy się otrzymać i na swoim wymarzonym sposobie
otrzymania tego, że nie zauważamy, gdy to przychodzi w inny sposób.
(A już zupełnie nie widzimy innych
rzeczy, często jeszcze bardziej upragnionych.) To ma troszkę wspólnego z „jasnowidzeniem”, o którym było nieco
wcześniej. Ale nie tylko. Jest jeszcze inny aspekt. Zobrazujmy to używając zupełnie innego kontekstu.
Istnieje taka grupa ludzi, która domaga się podziękowań, ale się do tego nie przyznaje. Udają takich skromnych, takich,
co to im nie zależy na uznaniu – które jest zresztą całkiem normalną ludzką potrzebą. Więc, tacy ludzie, gdy im ktoś
dziękuje mówią: „Nie, nie. Nie trzeba, nie ma za co”, zamiast przyjąć słuszne podziękowanie i po sprawie. Więc ktoś
zaczyna im jeszcze więcej dziękować, ponownie, i znów – może wreszcie za którymś razem powiedzą po prostu:
„Dzięki, to miłe”. Więc w rzeczywistości jest tak, że owi ludzie potrzebują więcej podziękowań, a nie mniej. Jedno im nie
wystarczy – potrzebują czterech, pięciu lub kilku dni podziękowań (tak też może być) . Dokładnie podobnie jest tu.
Różnica jeśli jest, to bardzo subtelna. Dotyczy poziomu nieświadomości własnych potrzeb. Człowiek z przykładu
o dziękowaniu ma mniejszą świadomość swojej rzeczywistej potrzeby. Domaga się podziękowań, choć na zewnątrz
deklaruje, że ich nie chce i mu na nich nie zależy. Na poziomie emocjonalnym natomiast różnica jest taka, że człowiek,
który oczekuje podziękowań jest mimo wszystko w lepszych emocjach. Zrobił coś dobrego i zostało to zauważone.
Dlatego ktoś chce mu okazać wdzięczność i to coraz bardziej. Oczywiście w jakimś momencie niemożność może stać się
frustrująca, ale na pewnej „krytycznej” granicy zazwyczaj się ta gra kończy. Tak czy inaczej przez jakiś czas zasilająca
energia płynie szerokim korytem i bez większych zakłóceń.
Dziękuję.
Zapraszam na drugą część za miesiąc.
Z tymi częściami, to eksperyment. Stała czytelniczka dała sygnał, że zbyt długie są te artykuły na raz – mam problem,
ponieważ nie umiem krótko. Zobaczymy, jak to będzie.
II
Pierwsza część skończyła się na dziękuję. Teraz zacznijmy od dziękuję.
Dziękuję, że czekałeś na drugą część.
Kiedy nie przyjmujemy, a kierujemy zarzuty przeciwko komuś, że nie daje, obie strony wychodzą z takiej
sytuacji dość poranione.
Ten który nie otrzymał – to oczywiste – cierpi, ponieważ ma dowód, że nie został
dostrzeżony, że jego potrzeby znów (wciąż) nie są ważne. Zaczyna rozpaczliwie szukać sposobu, by doświadczyć, że
nadal jest widzialny. Najczęściej robi to tak, że wszyscy mają go serdecznie dość – mocno doświadcza, że istnieje. Inni
go atakują, a raczej chcą się obronić przed zarzutami, pretensjami, chcą coś wyjaśnić i kółko się zamyka. Coraz więcej
emocji, coraz więcej niepotrzebnych słów – walka obronna po obu stronach. To oczywiście jeszcze bardziej mu
potwierdza, że nie jest ważny dla innych. Od tego momentu trwa chwila przerwy – wycofania, by zebrać siły i poczekać
na następne sytuacje, które coś udowodnią.
Ten, który dawał i nie zostało to dostrzeżone przeżywa również trudne chwile. Przemyśla, analizuje, odpamiętuje,
zadaje sobie setki pytań, by dojść do „prawdy” i zaznać spokoju. Chce wyjaśnić, ale im bardziej się stara, tym bardziej
„tonie”. Ostatecznie „winni się tłumaczą”, a tak to najczęściej jest postrzegane. Emocje po tej stronie również buzują,
więc o następne nieporozumienie wcale nie trudno.
Obie strony się wzajemnie obarczają i w ten sposób bardziej nakręcają konflikt. Obie strony czują się nieuszanowane,
niesłusznie ocenione, skrytykowane, bezradne i chcą się uchronić przed poczuciem winy. Każdy trwa przy swoich
dobrych intencjach, których jest pewien. Każdy sobie obiecuje, że następnym razem…. Ale im częściej taka gra ma
5 z 10
03-05-08 20:40
[ Pobierz całość w formacie PDF ]