Kuttner Henry - Zimna Wojna, Kuttner Henry

[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Henry Kuttner

 

Zimna wojna

 

Ostatni z rodu Pughów

 

Myślę, że już zawsze od tej pory ból głowy będzie mi się kojarzył z Pughiem Juniorem. To chyba najbardziej odrażający gówniarz, jakiego w życiu widziałem. Zbudowany jak młody goryl. Tłusta, ciastowata gęba, złośliwe spojrzenie, a oczy tak blisko osadzone, że można by je wydłubać oba naraz, jednym palcem. Ale jego tata. i tak był o nim bardzo wysokiego mniemania. Może to i nic dziwnego, wziąwszy pod uwagę, że mały Pugh to wykapany ojciec.

- Ostatni z rodu Pughów - mawiał stary wypinając pierś i z zachwytem patrząc na młodego goryla. - Najwspanialszy chłopak pod słońcem.

Czasem robiło mi się zimno, jak patrzyłem na tych dwóch. Z rozrzewnieniem wspominam te cudowne czasy, kiedy ich nie znałem. Możecie mi wierzyć, ale mało brakowało, żeby ci dwaj Pughowie, ojciec i syn, podbili świat.

Bo my, Hogbenowie, jesteśmy ludzie skromni. Nie zadzieramy nosa i pędzimy spokojne życie w naszej dolinie, gdzie nikt się do nas nie zbliża nie proszony. Nasi sąsiedzi i ludzie z miasteczka już się do nas przyzwyczaili. Wiedzą przede wszystkim, że nie wchodzimy nikomu w paradę. Więc mają dla nas wyrozumienie.

Jeśli tata się upije, jak na przykład w ubiegłym tygodniu, i nadleci nagle nad sam środek Main Street w swoich czerwonych gatkach, większość ludzi udaje, że tego nie widzi, żeby nie krępować mamy. Wiedzą przecież, że gdyby był trzeźwy, chodziłby normalne po ziemi „ jak Pan Bóg przykazał.”

Tym razem tata się zalał z powodu Małego Sama, naszego Bobasa, którego trzymamy w pojemniku w piwnicy, a który znów zaczął ząbkować. Po raz pierwszy od czasu wojny Północy z Południem. Już myśleliśmy, że ma to z głowy, ale z Małym Samem nigdy nie wiadomo. Był bardzo niespokojny.

Profesorek, którego trzymamy w butelce, powiedział nam kiedyś, że Mały Sam wydaje z siebie coś tam pod dźwiękowego, kiedy płacze, ale on tak zawsze gada. To nic nie znaczy. Po prostu te wrzaski grają człowiekowi na nerwach, i tyle. Tata tego nie wytrzymuje. Tym razem Bobas obudził nawet dziadka na strychu, a dziadek przecież nie drgnął nawet od Bożego Narodzenia. Pierwsza rzecz, jak tylko otworzył oczy, rzucił się na tatę jak wściekły pies:

- Widzę cię, ty trąbo jerychońska! - wrzasnął. - Znów latasz, tak? Żałosny widok! Bacz, abym ci nie urządził przymusowego lądowania! - Zaraz potem rozległ się daleki łomot.

- Zwaliłeś mnie z wysokości dobrych dziesięciu stóp! - wrzasnął tata hen z głębi doliny. - To nie fair. Mogłem coś zniszczyć!

- Zniszczysz nas wszystkich przez swoją pijacką nieuwagę - powiedział dziadek. - Latać na oczach sąsiadów! Za mniejsze rzeczy palili ludzi na stosie! Chcesz, żeby ludzkość się o nas dowiedziała? A teraz zamknij się, muszę się zająć Bobasem.

Jeden dziadek potrafi uspokoić Bobasa, jak już nikt nie może sobie z nim poradzić. Tym razem zaśpiewał mu taką jedną piosenkę w sanskrycie i już po chwili chrapali obaj w duecie.

Ja byłem akurat zajęty majstrowaniem dla Mamy takiego specjalnego urządzenia, żeby mogła zakwasić trochę śmietany na placki. Nie bardzo miałem z czego to sklecić, nie było nic poza starymi sankami kawałkami drutu, ale też i niewiele potrzebowałem. Próbowałem właśnie skierować koniec drutu na północny wschód, kiedy mignęły mi w lesie kraciaste portki.

Był to wujek Lem. Słyszałem, jak myśli.

- To nie ja! - mówił całkiem głośno w swojej głowie. - Zajmij się swoją robotą, Saunk! Jestem dalej o milę od ciebie. Twój wujek Lem to przyzwoity starszy pan i nigdy i kłamie. Czy sądzisz, Saunkie, że bym cię oszukał?

- Jasne, że byś mnie oszukał odpowiedziałem mu w myśli. Gdybyś tylko mógł. Powiedz, co ty kombinujesz, wujku Lem?

W tym momencie wujek zwolnił trochę i zataczając szerokie koło zaczął się zniżać.

- A, tak mi przyszło do głowy, twoja mama może by chciała trochę musu jagodowego - pomyślał kopiąc nonszalancko kamień. - Gdyby kto pytał, to powiedz, że mnie nie widziałeś. Bo to prawda, nie widzisz mnie przecież.

- Wujku Lem - pomyślałem, całkiem głośno. - Dałem mamie harcerskie słowo honoru, że cię samego nigdzie nie puszczę, po tym jak nam ostatnim razem uciekłeś...

- No, no, no, mój chłopcze myślał szybko wujek Lem. - Co było, to było.

- Przyjacielowi się nie odmawia wujku - przypomniałem mu, kończąc okręcać płozę drutem. Poczekaj chwilkę, aż się ta śmietana zsiądzie i wtedy pójdziemy razem, gdziekolwiek się wybierasz.

Mignęły mi znów wśród krzaków jego portki w kratkę i po chwili z śmieszkiem winowajcy pojawił się wujek Lem. Wujek jest mały i tłusty Wiem, że chce jak najlepiej, ale prawie każdy może go namówić do prawie wszystkiego. Dlatego nie spuszczamy go z oka.

- Jak ty to robisz? - spytał patrząc na dzbanek ze śmietaną. - Poganiasz te małe stworzonka, aby zasuwały prędzej?

- Wujku Lem! - powiedziałem Nie udawaj głupiego. To by było okrucieństwo w stosunku do tych poczciwych zwierzątek - a na to bym sobie nigdy nie pozwolił. Te maleństwa i tak dostatecznie ciężko pracują, żeby zakwasić zwykłe mleko. To takie kruszynki, że mi ich naprawdę żal. Trudno je nawet zobaczyć, jeśli się nie zrobi zeza. Tata mówi, że to enzymy. Ale ja nie wierzę. Są za malutkie.

- Że malutkie to fakt- przyznał wujek Lem. - No więc jak zamierzasz z tego wybrnąć?

- O, to tutaj urządzenie - powiedziałem z pewną dumą - wyśle ten maminy dzbanek ze śmietaną w przyszły tydzień. W taką pogodę śmietana nie potrzebuje na skwaśnienie więcej jak dwa dni, ale ja dam jej dużo czasu. Jak ją ściągnę z powrotem, będzie kwaśna raz-dwa-trzy. - Postawiłem dzbanek na sankach.

- Nigdy nie widziałem takiego zmyślnego brzdąca - powiedział wujek Lem. Podszedł do mnie i wygiął drut na krzyż. - Lepiej zrób to w ten sposób, ze względu na burzę, która będzie we wtorek. No, dobra, możesz wysyłać śmietanę.

No to ją wysłałem. Kiedy wróciła, była taka zsiadła, że mysz mogłaby po niej spacerować. Po dzbanku łaził szerszeń z przyszłego tygodnia; rozdusiłem go. Ale to był błąd. Wiedziałem to od chwili, kiedy dotknąłem dzbanka. Cholerny wujek Lem.

Z powrotem skoczył w krzaki piszcząc z radości.

- A jednak cię tym razem oszukałem, ty mały śmierdzielu - wrzasnął. No, zobaczymy, jak sobie poradzisz z wyciąganiem palca ze środka przyszłego tygodnia!

A to wszystko przez opóźnienie. Powinienem był wiedzieć. Kiedy wujek Lem skrzyżował ten drut, wcale nie miał na myśli burzy. Straciłem prawie dziesięć minut na to, żeby się uwolnić, a wszystko przez taką jedną, co się nazywa Inercja i co zawsze wsadzi swoje trzy grosze, jeśli człowiek nieostrożnie igra z czasem. Sam niewiele z tego rozumiem. Jeszcze nie mam swoich lat. Wujek Lem twierdzi, że zdążył już zapomnieć więcej, niż ja się kiedykolwiek w życiu na uczę.

Z tego wszystkiego straciłem go niemal z oczu. Nie miałem się nawet czasu przebrać w kupne ubranie, a po tym, jak wujek był odpalony, wiedziałem, że się wybiera w jakieś eleganckie miejsce. Ale i on był zdenerwowany. Bez przerwy natykałem się na resztki jego niespokojnych myśli, które wisiały na gałązkach krzaków jak małe strzępki chmur. Niewiele mogłem z nich zrozumieć, bo zanim do nich dobrnąłem, rozpływały się w powietrzu, ale jedno jest pewne: wujek Lem zrobił coś, czego nie powinien zrobić. Było to chyba jasne dla każdego. No więc te myśli szły mniej więcej tak:

„Szkoda. szkoda, szkoda... bodajbym nigdy tego nie zrobił... Boże, zmiłuj się... jakby się tak dziadek dowiedział... ach, ci wstrętni Pughowie, jak mogłem być taki głupi? Szkoda, szkoda, szkoda... biedny stary poczciwina, nigdy nikomu nie zrobiłem nic złego, no i teraz patrzcie... Ten Saunk to sobie trochę za dużo wyobraża, trzeba mu dać nauczkę. Och, szkoda, szkoda... a zresztą co się przejmować, głowa do góry, wszystko będzie dobrze. Zasługujesz na to, poczciwy Lemuelu. Dziadek nigdy się nie dowie”.

Po chwili mignęły mi jego kraciaste portki wśród krzaków, ale dogoniłem go dopiero, jak zszedł ze wzgórza i przemierzywszy podmiejskie tereny piknikowe znalazł. się na stacji kolejowej i hiszpańskim dublonem, którego ukradł tacie z jego skrzynki żeglarskiej, stukał do okienka kasy.

Nie zdziwiłem się wcale, kiedy usłyszałem, że prosi o bilet do State Center. Pozwoliłem mu myśleć, że go nie dogoniłem. Jakiś czas kłóci się z kasjerem, ale na koniec wsadził rękę do kieszeni i wyjął srebrną dolarówkę. Facet się uspokoił.

Pociąg już sapał dojeżdżając do stacji, kiedy wujek Lem wyskoczył zza rogu. Nie miałem zbyt wiele czasu, ale jakoś zdążyłem - w ostatniej chwili. Kilka jardów musiałem nawet podfrunąć, ale chyba nikt tego nie zauważył.

Dawno temu, jak byłem jeszcze małym brzdącem, w Londynie, gdzie wtedy mieszkaliśmy, wybuchła wielka epidemia i my, Hogbenowie, musieliśmy się wynosić. Pamiętam wielki zgiełk .w mieście, ale jak teraz patrzę wstecz, wydaje mi się on niczym w porównaniu ze zgiełkiem, jaki panował na stacji State Center, kiedy zajechał nasz pociąg. No cóż, czasy się zmieniły. Gwizdki gwizdały, klaksony trąbiły, radia wyły jak diabli - mógłbym przysiąc, że każdy wynalazek z ostatnich dwustu lat jest głośniejszy od wszystkiego, co było dotychczas. Rozbolała mnie głowa i dopiero musiałem sobie odpowiednio ustawić to, co tata nazywa poziomem odporności na decybele; no cóż, popisywał się jak zwykle.

Wujek Lem nie wiedział, że jestem w pobliżu. Uważałem, żeby myśleć naprawdę cicho, ale wujek tak był zajęty swoimi zmartwieniami, że dosłownie na nic nie zwracał uwagi. Poszedłem więc za nim przez zgromadzony na stacji tłum i potem na szeroką i bardzo ruchliwą ulicę. Co za ulga zostawić wreszcie za sobą te wszystkie pociągi.

Nie mogę nawet pomyśleć; co się tam dzieje wewnątrz tych kotłów jak te stworzonka, tak maleńkie, że ich prawie nie widać, w nieustannej gonitwie, rozparzone biedactwa i podniecone, stukają się bez przerwy głowami. Żałosna sprawa.

Oczywiście myślenie o tym, co się dzieje wewnątrz mijających nas samochodów, nic nie pomaga.

Wujek Lem dobrze wiedział, dokąd zmierza. Ruszył ulicą tak szybko, że nieraz miałem pokusę kawałek podfrunąć. Cały czas się zastanawiałem, czy nie powinienem się porozumieć z rodziną na wypadek, gdyby stało się coś takiego, z czym bym sobie sam nie dał rady, ale dosłownie co się ruszyłem, to gdzieś utknąłem. Mama miała być po południu na jakimś zebraniu parafialnym, a ostatnim razem jak się nagle do niej odezwałem i to wypadło samemu wielebnemu Jonesowi nad uchem, dała mi w łeb. On się jeszcze do nas nie przyzwyczaił.

Tata zalał się w trupa. Nie było sensu go nawet próbować budzić. A ja umierałem ze strachu, że, jak zawołam na dziadka, to obudzę Bobasa.

Wujek Lem przemknął tuż koło mnie, ale mignęły mi tylko jego kraciaste nogi. I on był w głębi serca zaniepokojony. Zobaczył w bocznej ulicy tłum zebrany wokół dużej ciężarówki. Ludzie gapili się na mężczyznę, który stał na wierzchu i wymachiwał oburącz napełnianymi czymś butelkami.

Najwyraźniej wygłaszał jakąś mowę na temat bólu głowy. Słyszałem go aż zza rogu ulicy. Do skrzyni ciężarówki przyczepione były po obu stronach transparenty głoszące. „PUCHA EKSTRAKT NOWY - IDEALNY NA BÓL GŁOWY”.

- Oj szkoda, szkoda! - myślał wujek Lem. - O, niech ja skisnę, co ja teraz zrobię?! W życiu nie podejrzewałem, że ktokolwiek mógłby się ożenić z Lily Lou Mutz. Oj, co za szkoda!

No cóż, wszyscy byliśmy zdziwieni, kiedy z jakie dziesięć lat temu Lily Lou Mutz znalazła amatora; tak myślę. Ale co to miało wspólnego z wujkiem Lemem - nie miałem zielonego pojęcia. Lily Lou to było chyba najszpetniejsze stworzenie płci żeńskiej, jakie kiedykolwiek chodziło po Ziemi. A zresztą „najszpetniejsze” to jeszcze nie to słowo, biedactwo.

Dziadek powiedział kiedyś, że przypominała mu takie znajome siostry Gorgony się nazywały. Poczciwe było nawet stworzenie z tej Lily Lou. Ze swoją urodą niejedno musiała wycierpieć od ludzi z miasteczka - to znaczy od hołoty.

Mieszkała samotnie na wzgórzu, w nędznej chałupince, i musiała mieć już pod czterdziestkę, kiedy jeden facet, co to mieszkał po drugiej stronie rzeki, poprosił ją pewnego dnia o rękę, wprawiając całe sąsiedztwo w osłupienie. Nigdy go nie widziałem na oczy, ale mówią, że i on nie był mister universum.

Kiedy się nad tym zastanowiłem, patrząc wtedy na tę ciężarówkę, doszedłem do wniosku, że facet nazywał się Pugh.

 

Miły starszy pan W pewnym momencie zauważyłem, że wujek Lem zobaczył kogoś pod latarnią na skraju tłumu i podreptał w tamtą stronę. Tak na moje oko stał tam stary goryl z małym gorylem i gapili się na faceta w ciężarówce sprzedającego na dwie ręce płyn w butelkach.

- Chodźcie, bierzcie! - darł się. Każdy po swoją butelkę Niezawodnego Leku na Ból Głowy, póki jeszcze jest!

- Cześć, Pugh, jestem - powiedział wujek Lem do dużego goryla. - Cześć, Junior - dodał zaraz potem, spoglądając na młodego. Widziałem, jak się wstrząsnął nieznacznie.

I trudno się dziwić. Dwóch ohydniejszych przedstawicieli rodzaju ludzkiego nie widziałem w życiu. Gdyby nie mieli takich ciastowatych gąb, albo gdyby byli chociaż ciut-ciut szczuplejsi, może by mi tak nie przypominali dwóch tłustych ślimaków: dorosłego i młodego. Ojciec był wystrojony odświętnie, ze złotą dewizką na brzuchu, i z tego jak dumnie stąpał, można by sądzić, że się nigdy dobrze nie obejrzał w lustrze.

- Sie masz, Lem - powiedział od niechcenia. - Przychodzisz w samą porę. No, Junior, powiedz panu Lemowi Hogbenowi dzień dobry. Wiele mu zawdzięczasz, synu. - I roześmiał się paskudnie.

Junior nie zwrócił na niego uwagi. Oczki jak paciorki utkwił w tłumie po drugiej stronie ulicy. Wyglądał na jakieś siedem lat, a był złośliwy jak wszyscy diabli.

- Czy mogę to zrobić. teraz, tato? zaskrzeczał. - Mogę dać im teraz, co im się należy? Co, tato? - Sądząc a tonu, jakim to mówił, przestraszyłem się, że ma pod ręką odbezpieczony karabin maszynowy. Spluwy wprawdzie nie widziałem, ale gdyby spojrzenie mogło zabijać, Pugh Junior skosiłby cały tłum za jednym zamachem.

- Dzielny malec, co, Lem? - powiedział tata Pugh z wyraźnym zachwytem. - Muszę ci powiedzieć, że jestem naprawdę dumny z tego chłopaka. Szkoda, że jego kochany dziadek nie może tego zobaczyć. Pughowie to stary, wspaniały ród. Nie ma takiego drugiego. Jedyne moje zmartwienie to to, że Junior jest ostatni. Rozumiesz, dlaczego chciałem się z tobą zobaczyć, Lem.

Lem znów się wzdrygnął.

- Ha - powiedział - rozumiem. Ale tracisz tylko czas, Pugh. Ja tego nie zrobię.

Młody Pugh obrócił się na pięcie.

- Tata, mogę mu teraz dołożyć? zaskrzeczał, bardzo ożywiony. - Mogę, tata? Teraz, tata, co?

- Zamknij się, synku - powiedział duży Pugh i zdzielił małego przez łeb. A łapy miał jak bochny. Naprawdę był zbudowany jak goryl. Widząc te jego potężne ręce zwisające z pochylonych ramion, można było sądzić, że chłopak przeleci na drugą stronę ulicy, ale ten. mały też miał krzepę nie lada. Zachwiał się tylko ciut-ciut, potrząsnął głową i zrobił się czerwony na gębie. A następnie wrzasnął głośno i skrzekliwie:

- Ostrzegałem cię, tata! Ostatnim razem, jak mnie zasunąłeś, to cię ostrzegałem! Zobaczysz, teraz ty oberwiesz.

Nabrał powietrza, jego małe oczka zrobiły się takie błyszczące i wyłupiaste, że mało mu się nie spotkały pośrodku nosa, a ciastowata gęba poczerwieniała.

- O'kay, Junior - powiedział tata Pugh, dość pospiesznie. - tamci są gotowi. Szkoda twoich sił na mnie, synku. Zostaw to dla tych ludzi. Przez cały ten czas stałem na skraju tłumu słuchając i nie spuszczając wujka Lema z oka. Ale w pewnej chwili ktoś mnie potrząsnął za ramię i odezwał się bardzo grzecznie cienkim głosem.

- Przepraszam, ale czy mogę o coś zapytać?

Spojrzałem. Był to mały, chudy człeczyna o życzliwym wyrazie, twarzy. W ręku trzymał notes.

- Nie mam nic przeciwko temu odparłem, też bardzo uprzejmie. Proszę, niech pan pyta.

- Ciekaw jestem po prostu, jak się czujesz, nic więcej - powiedział chudy człowieczek trzymając ołówek nad papierem, w każdej chwili gotów notować.

- Dziękuję, świetnie - odpowiedziałem. - To ładnie z pana strony, że pan pyta. Mam nadzieję, że i pan się czuje dobrze.

Potrząsnął głową, jak gdyby z lekko zamroczony.

- W tym sęk - rzekł - że zupełnie tego nie rozumiem, ale czuję się świetnie.

- Dlaczegóżby nie? Taki piękny dzień.

- Wszyscy się tu świetnie czują ciągnął dalej, jakbym się w ogóle nie odzywał. - Poza normalnymi wyjątkami, wszyscy w tym tłumie są po prostu przeciętnie dobrego zdrowia. Ale w ciągu pięciu minut, a, może nawet mniej, tak to oceniam... - spojrzał na zegarek.

Właśnie w tym momencie ktoś walnął mnie w głowę rozpalonym do czerwoności młotem kowalskim.

Wiadomo, że Hogbenowi nie można nic zrobić waląc go w głowę. Trzeba być głupcem, żeby w ogóle próbować. Kolana leciutko się pode mną ugięły, ale trwała to zaledwie kilka sekund i już po chwili się rozglądałem, kto mnie zdzielił.

Ale nigdzie w pobliżu nie było żywego ducha. Tylko jęki i stękania dochodzące z tłumu. Ludzie łapali się za głowy i zataczając się, wsparci jeden o drugiego, walili ulicą do ciężarówki, gdzie mężczyzna wydawał butelki z lekiem na ból głowy tak szybko, jak tylko nadążał inkasować banknoty dolarowe.

Chudy człeczyna o życzliwej twarzy przewracał oczami jak kaczka w czasie gradobicia.

- O, moja głowa - jęczał. - Co ja ci powiedziałem! O, moja głowa! - A potem, grzebiąc w kieszeni, podreptał w stronę ciężarówki.

Rodzina zawsze uważała mnie za głupka, ale trzeba byłoby nie mieć za grosz rozumu, żeby się nie zorientować, że dzieje się tu coś bardzo dziwnego. A ja naprawdę nie jestem głupol, obojętne, co mama o mnie mówi. Obróciłem się na pięcie` i rozejrzałem za Pughiem Juniorem.

No i właśnie: stał sobie spokojni, mały padalec z tłustą gębą, czerwoną jak pomidor, cały nadęty i tylko łyskał swoimi złośliwymi oczkami w stronę ludzi.

- Zły urok - pomyślałem sobie, całkowicie spokojny. - Nigdy bym nie uwierzył, ale to najprawdziwszy zły urok. Tylko że jak do licha...

I wtedy przypomniałem sobie Lily Lou Mutz i to, co wujek Lem myślał do siebie. I zaczęło mi się przejaśniać...

Ludzie dostawali szału, żeby się docisnąć do leku od bólu głowy i musiałem się do wujka Lema dosłownie przedzierać. A był już chyba najwyższy czas, żeby mu pospieszyć z pomocą, biorąc pod uwagę jego miękkie serce i słabą głowę.

- Nie, szanowny panie - mówił właśnie bardzo stanowczo. - Ja tego nie zrobię, Pod żadnym pozorem.

- Wujku Lem - powiedziałem. Założę się, że podskoczył na jakiś jard w górę...

- Saunk! - zapiszczał. Zaczerwienił się i uśmiechnął zupełnie zbaraniały, a potem wpadł w złość, ale jednocześnie widziałem, że na mój widok odczuł ulgę. - Mówiłem ci, żebyś za mną nie chodził!

- A mama mi przykazała, żebym wujka nie spuszczał z oka - odparłem. - Obiecałem to mamie, a my, Hogbenowie, zawsze dotrzymujemy słowa. Co tu się dzieje, wujku Lem?

- Och, Saunk, wszystko się popieprzyło! - jęknął wujek. - Ja, człowiek o złotym sercu; o mały włos bym zginął. Poznaj pana Eda Pugha, Saunk. On chce mnie zabić.

- Ależ Lem - odezwał się Ed Pugh - wiesz dobrze, że tak wcale nie jest. Po prostu dochodzę swoich praw i to wszystko. Miło mi cię pozna, młody człowieku. Jak się domyślam, jeszcze jeden z rodu Hogbenów? Być przekonasz swojego wuja...

- Przepraszam, że panu przerwie panie Pugh - odezwałem się, naprawdę grzecznie. - Ale może by mi pan coś wyjaśnił. Bo ja nic z tego rozumiem.

Pugh odchrząknął i wypiął dumnie pierś. Widać było, że to jest temat na który lubi mówić. że czuje się wtedy ważny.

- Nie wiem, czy znałeś moją drogą żonę nieboszczkę, Lily Lou Mut - zaczął. - A to jest nasz mały, Junior. Bardzo udany chłopak. Wielka szkoda że nie mogliśmy mieć jeszcze z ośmiu czy dziesięciu takich jak on. - Westchnął głęboko. - No cóż, takie jest życie. Zamierzałem ożenić się młodo i mieć liczne potomstwo, jako że jestem ostatnim przedstawicielem starego świetnego rodu. Ale nie pozwolę mu wygasnąć. - Tu posłał złośliwe spojrzenie pod adresem wujka Lema. Wujek Lem zakwilił płaczliwie.

- Ja tego nie zrobię - powiedział Lem - Nie możesz mnie do tego zmusić.

- Jeszcze zobaczymy - rzekł Ed Pugh z pogróżką w głosie. - Być może twój młody krewny okaże się rozsądniejszy. Wiedz, że odegram w tym stanie poważną rolę i że moje słowo jest święte.

- Tata - zapiszczał w tym momencie Junior. - Tata, im już odpuszcza. Czy mogę tym razem dać im podwójnego, tata? Założę się, że jakbym poszedł na całość, to bym paru załatwił na dobre, tata... Hej, tata...               Ed Pugh zrobił taki ruch, jakby zamierzał znów zdzielić małego padalca, ale najwyraźniej się rozmyślił.

- Nie przeszkadzaj starszym, synku powiedział. - Tatuś jest zajęty. Pilnuj swoich spraw i siedź cicho. - Spojrzałem ponad jęczącym tłumem. - Zajmij no się jeszcze trochę tymi tam co stoją za ciężarówką. Jakoś za wolno kupują. Ale nie dawaj im podwójnego Junior. Musisz oszczędzać swoją energię. Ty jeszcze rośniesz.

I znowu odwrócił się do mnie.

- Junior jest utalentowanym dzieckiem - rzekł, bardzo dumny. - Jak zresztą widzisz. Odziedziczył to po swojej ukochanej matce nieboszczce Lily Lou. Mówiłem ci już o niej. Ta jak powiedziałem, miałem nadzieję ożenić się młodo, ale wyszło inaczej: nie było mi do żeniaczki aż dopiero w sile wieku.

Znów wypiął pierś jak ropucha spojrzał z dumą w dół. Jeszcze nie widziałem, żeby ktoś był tak z siebie zadowolony.

- Nigdy nie spotkałem kobiety która by na mnie spojrzała.., to znaczy nigdy nie spotkałem odpowiedniej kobiety - poprawił się - aż do momentu, kiedy zobaczyłem Lily Lou Mutz.

- Rozumiem, co pan ma na myśli - powiedziałem grzecznie. I rzeczywiście rozumiałem. Bo musiał długo szukać żeby znaleźć kogoś, kto byłby sam na tyle brzydki, żeby spojrzeć na niego dwa razy. Nawet Lily Lou, biedactwo musiała się długo zastanawiać, zanim powiedziała tak.

- I tutaj właśnie - podjął Ed Pugh - dochodzimy do twojego wujka Lema. Wygląda na to, że bardzo dawno temu rzucił na Lily Lou jakiś urok.

- Ja? Nigdy! - zaprotestował piskliwie wujek Lem. - A zresztą skąd mogłem wiedzieć, że wyjdzie za mąż i przekaże to swojemu dziecku? Kto w ogóle mógł przypuszczać, że Lily Lou kiedykolwiek...

- No więc rzucił na nią urok - nie przerywał sobie Ed Pugh. - Ale ona powiedziała mi o tym dopiero na łożu śmierci, rok temu: Bóg mi świadkiem, że by dostała ode mnie porządnie, gdybym wiedział, że mnie przez całe życie oszukiwała. A to Lemuel rzucił na nią urok i z kolei ona przekazała tę zdolność w dziedzictwie naszemu malcowi.

- Ja to zrobiłem tylko dla jej dobra, żeby ją ochronić - powiedział wujek Lem dość szybko. - Ty wiesz, Saunk, że mówię prawdę. Biedna Lily Lou była tak koszmarnie brzydka, że ludzie nie mogąc się nieraz powstrzymać, ciskali w nią grudami ziemi. Całkiem machinalnie. I trudno mieć do nich pretensję. Sam czasem ledwie mogłem nad sobą zapanować. Biedna Lily Lou, było mi jej naprawdę żal. Nie wiesz nawet, jak długo zwalczałem w sobie dobre odruchy, Saunk. Ale w końcu zawsze przez swoje złote serce właduję się w tarapaty. Pewnego dnia zrobiło mi się tej biedaczki tak żal, że obdarzyłem ją mocą czarodziejską. Każdy by tak postąpił na moim miejscu.

- A jak to zrobiłeś? - zapytałem, rzeczywiście zaciekawiony; pomyślałem, że kiedyś mogłaby mi się ta wiadomość przydać. Bo na razie jestem za młody, muszę się jeszcze wiele nauczyć.

No więc wujek Lem zaczął mi tłumaczyć, tylko że cała ta sprawa była dosyć zawikłana. Najpierw odniosłem wrażenie, że to jakiś cudzoziemiec nazwiskiem Gene Chromosome załatwił ją za wujka, ale jak już pojąłem tę część, to on znów zaczął coś bredzić o jakichś falach alfa w mózgu.

Bzdura. Tyle wiedziałem i bez niego. Każdy chyba musi zauważyć patrząc na człowieka, który myśli, jak te falki przechodzą mu przez głowę. Czasem obserwowałem dziadka, jak na przykład ze sześćset różnych myśli naraz spacerowało mu jedna za drugą w tę i nazad po tych małych ścieżkach w mózgu. Aż mnie to raziło w oczy.

- Tak to właśnie było, Saunk - nawijał dalej wujek Lem. - I ten mały padalec odziedziczył po niej cały ten kram.

- No to dlaczego nie wezwiesz tego Gene'a Chromosome'a, żeby odczarował Juniora i zrobił go takim samym jak inni ludzie? - spytałem. - Przecież chyba nic prostszego. Spójrz, wuju. - Wpatrzyłem się w Juniora naprawdę z wielkim skupieniem, aż mi się oczy zrobiły takie dziwne, jak wtedy kiedy chce się zajrzeć w głąb jakiegoś człowieka.

No i rzeczywiście, zobaczyłem to, o czym mówił wujek Lem: maleńkie łańcuchy stworzonek, trzymających się jedno drugiego jak rzep psiego ogona, i cienkie pałeczki miotające się wewnątrz maciupeńkich komórek, z których każdy z nas jest zrobiony z wyjątkiem może Małego Sama, naszego Bobasa.

- Popatrz no, wujku - zwróciłem się do Lema. - Kiedy rzucałeś urok na Lily Lou, to po prostu oderwałeś te cienkie pałeczki i przyłatałeś je do tych tułaj malutkich łańcuchów, co się tak szybko huśtają wte i wewte. Dlaczego ich nie przestawisz na miejsce i nie zrobisz tak, żeby Junior zaczął się zachowywać przyzwoicie. To powinno być bardzo łatwe.

- Owszem, to byłoby łatwe westchnął nade mną wujek Lem. Saunk, jesteś okropnie roztrzepany. Widzę, że nie słuchałeś tego, co do ciebie mówiłem. Nie mogę ich przesunąć z powrotem na miejsce tak, żeby nie zabić Juniora.

- Świat by tylko na tym zyskał powiedziałem.

- Wiem. Ale musisz pamiętać, co obiecaliśmy dziadkowi. Koniec z zabijaniem.

- Ale wujku! - wybuchnąłem. - To jest straszne. Chcesz powiedzieć, że ten mały, ohydny padalec będzie przez całe życie rzucał na ludzi uroki?

- A nawet jeszcze gorzej - odparł biedny wujek Lem, prawie ze łzami. - Przekaże tę zdolność swoim potomkom, tak jak Lily Lou przekazała jemu.

Przez chwilę rzeczywiście wydawało się, że rodzaj ludzki ma przed sobą jak najgorsze perspektywy. Ale po chwili roześmiałem się.

- Nie martw się, wujku - powiedziałem. - Nie ma powodu do zmartwienia. Spójrz na tego małego gada. Jestem pewien, że na całym bożym świecie nie znajdzie się stworzenie płci żeńskiej, które by podeszło do niego bliżej niż na milę. On już jest tak odrażający jak jego tata. A pamiętaj, że to przecież dziecko Lily Lou Mutz. Możliwe, że jak dorośnie, będzie jeszcze okropniejszy. Murowane, że się nigdy nie ożeni.

- I tu się mylisz - wpadł mi w słowa Ed Pugh, całkiem głośno. Był czerwony na twarzy i robił wrażenie wściekłego. - Niech ci się nie zdaje, że ja nie słyszę, co wygadujesz. I nie wyobrażaj sobie, że kiedykolwiek zapomnę to, co powiedziałeś o moim dziecku. Mówiłem ci już, że mam bardzo mocną pozycję w mieście. Z talentami Juniora na dodatek zajdziemy wysoko. Już jestem w radzie miejskiej i wiem, że w przyszłym tygodniu będzie wolne miejsce w senacie stanowym, chyba że ten stary bałwan, którego mam na myśli, jest mocniejszy, niż na to wygląda. Więc cię uprzedzam, Hogben, że ty i twoja rodzina zapłacicie mi za te zniewagi.

- Nikt nie powinien się obrażać, kiedy usłyszy o sobie świętą prawdę powiedziałem. - Junior jest odrażającym typem.

- Trzeba się po prostu do niego przyzwyczaić - wyjaśnił jego tata. Wszystkich nas, Pughów, trudno zrozumieć. To znaczy do głębi. Ale mamy swoją dumę. Już ja dopilnuję, żeby nasz ród nigdy nie wygasł. Nigdy, słyszysz, Lemuel?

Wujek Lem mocno zacisnął powieki i szybko potrząsnął głową.

- O, nie, mój panie. Nigdy tego nie zrobię. Nigdy, nigdy, nigdy...

- Lemuel - odezwał się Ed Pugh i zabrzmiało to naprawdę złowieszczo. Lemuel, czy chcesz, żebym napuścił na ciebie Juniora?

- Niech pan się nie fatyguje - powiedziałem. - Widział pan, chyba, jak próbował mnie zaczarować razem z całym tłumem. Nic z tego, panie Pugh. Na Hogbenów nie ma sposobu.

- No to... - stary rozejrzał się dokoła, najwyraźniej gorączkowo kombinując. - Hmm, już ja coś wymyślę. Ja... masz miękkie serce Lemuel, tak? Obiecałeś dziadkowi, że nikogo nie zabijesz, co? No to otwórz oczy i spójrz na drugą stronę ulicy. Widzisz tę miłą staruszkę, która idzie o lasce? Co byś powiedział, gdyby Junior tak zrobił, żeby nagle padła martwa?

Wujek Lem zacisnął tylko jeszcze mocniej oczy.

- Nie będę patrzył. Nie znam tej staruszki. Wszyscy się mnie czepiają. Dość tego. Prawdopodobnie ma bardzo silny reumatyzm.

- Dobra. A co byś powiedział na tę ładną młodą kobietę z dzieckiem na ręku? Spójrz, Lemuel, co to za słodkie maleństwo. Jaką ma różową wstążeczkę na kapturku, widzisz? A jakie dołeczki w buzi. Junior, przygotuj się, żeby móc w każdej chwili rzucić na nich urok. Na początek niech będzie morowa zaraza. A potem...

- Wujku - powiedziałem czując się trochę nieswojo. - Nie wiem, co by na to powiedział dziadek. Może...

Wujek Lem na sekundę wytrzeszczył oczy. Spojrzał na mnie, spode łba, wściekły.

- Nic na to nie poradzę, że mam złote serce - rzekł. - Jestem przyzwoitym starszym panem, a wszyscy się mnie czepiają. Mam już tego dość. Dlatego tak sobie ze mną pozwalacie. A co mi tam, niech Ed Pugh zniszczy cały rodzaj ludzki. Wszystko mi jedno, czy dziadek się dowie o tym, co zrobiłem, czy nie. Na niczym mi już nie zależy. - I roześmiał się dziko. - Koniec. Nie chcę nic wiedzieć. Muszę się zdrzemnąć, Saunk. - Z tymi słowy cały zesztywniał i upadł na twarz, jakby kij połknął.

 

Z nożem na gardle

 

No cóż, mimo całego zmartwienia musiałem się uśmiechać. Wujek Lem bywa czasem sprytny. Wiedziałem, że uciekł w sen, jak zwykle, kiedy wpadnie w jakieś tarapaty. Tata mówi, że to katalepsja. ...

[ Pobierz całość w formacie PDF ]
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • psp5.opx.pl