Kuttner Henry - Triumf łowcy, Kuttner Henry
[ Pobierz całość w formacie PDF ]Henry Kuttner
Tryumf Łowcy
Poza mną nie ma nikogo, z kim mógłbym porozmawiać. Stoję tutaj, na
szczycie wielkiej kaskady marmurowych stopni, spadającej w dół, do holu
gościnnego, a wszystkie moje żony przyozdobione wszystkimi swoimi
klejnotami czekają, bo jest to Tryumf Łowcy - mój Tryumf, Zacnego Rogera
Bellamy'ego, Łowcy. Światło połyskuje tam w dole na szklanych skrzyniach
z setkami zasuszonych głów, które zdobyłem w uczciwej walce i jestem
jednym z najpotężniejszych ludzi w Nowym Jorku. To te głowy czynią mnie
potężnym.
Ale nie ma nikogo, z kim mógłbym porozmawiać. Poza mną? Czy siedzi we
mnie, słuchając, drugi Zacny Roger Bellamy? Nie wiem. Może on jest
jedyną rzeczywistą cząstką mnie. Staram się, jak mogę i nie prowadzi to
do niczego dobrego. Być może Bellamy'emu, który siedzi we mnie, nie
podoba się to, co robię. Ale ja muszę to robić. Nie mogę przestać.
Urodziłem się Łowcą Głów. Urodzić się nim, to wielki zaszczyt. Któż mi
nie zazdrości? Któż nie zamieniłby się ze mną, gdyby tylko mógł?
Ale nie prowadzi to wcale do niczego dobrego. Nie jestem dobry.
Słuchaj mnie, Bellamy, słuchaj mnie, jeśli w ogóle tam jesteś, ukryty
głęboko w mojej głowie. Musisz słuchać - musisz zrozumieć. Ty tam, w
mojej czaszce. Teraz i ty, każdego dnia, dosłownie każdego dnia możesz
się znaleźć w szklanej skrzyni stojącej w holu gościnnym innego Łowcy
Głów, a stłoczony przed domem motłoch cisnąć się będzie do okien,
przybywać będą goście, żeby popatrzeć i zazdrościć, i wszystkie żony
stać będą przystrojone w atłasy i klejnoty.
Może ty tego nie rozumiesz, Bellamy. Powinieneś czuć się teraz
wspaniale. Niepodobna, byś znał ten realny świat, po którym ja muszę
chodzić i w którym przyszło mi żyć. Sto albo tysiąc lat temu mógł
inaczej wyglądać. Ale to Dwudziesty Pierwszy Wiek. To dzisiaj, to teraz,
i nie ma już odwrotu.
Nie wydaje mi się, byś rozumiał.
Widzisz, nie ma wyboru. Albo razem ze swą kolekcją kończysz w
szklanej skrzyni innego Łowcy Głów, a twoje żony i dzieci zostają wydane
motłochowi, albo umierasz śmiercią naturalną, do której jedną z dróg
jest samobójstwo, twój najstarszy syn dziedziczy twą kolekcję, a ty,
wtopiony w plastykowy monument, stajesz się nieśmiertelnym. Stajesz na
zawsze w przeźroczystej plastykowej powłoce na cokole na skraju Central
Parku, jak Renway, jak stary Falconer, jak Brennan i cała reszta.
Wszyscy cię wspominają, podziwiają i zazdroszczą ci.
Czy wtedy, w tym plastyku, dalej będziesz myślał, mój Bellamy? Czy ja
będę tam myślał?
Falconer był wielkim Łowcą. Nie spoczął ani na chwilę i dożył
pięćdziesięciu dwóch lat. Piękny to wiek dla Łowcy Głów. Krążą pogłoski,
że sam zadał sobie śmierć. Trudno powiedzieć. To cud, że przez
pięćdziesiąt dwa lata zachował głowę na karku. Współzawodnictwo staje
się coraz trudniejsze, a ostatnimi' czasy pojawia się coraz to więcej i
więcej młodszych mężczyzn.
Słuchaj mnie, Bellamy, Bellamy tam we mnie. Czy ty kiedykolwiek
naprawdę coś rozumiałeś? Nadal uważasz, że to jeszcze cudowny czas
dzieciństwa, szczenięce lata, kiedy życie wydaje się proste? Czy
kiedykolwiek byłeś przy mnie przez te długie, bezlitosne lata, kiedy
moje ciało i umysł przysposabiały się do profesji Łowcy Głów? Wciąż
jeszcze jestem młody i silny. Nigdy nie zaprzestałem treningu. Ale
najcięższymi były te pierwsze lata.
Przedtem życie było cudowne. Trwało to tylko sześć lat, sześć lat
szczęścia, ciepła i miłości w haremie u boku matki, wśród mamek i innych
dzieci. Mój ojciec był wtedy bardzo dobry. Ale idylla skończyła się,
kiedy minęło mi sześć lat. Nie powinni w ogóle uczyć nas miłości, skoro
musiało to tak krótko trwać. Czy to właśnie pamiętasz, mój Bellamy, tam
we mnie? Jeśli tak, to ja ci mówię, że te czasy nie mogą już wrócić.
Zresztą ty to wiesz. Na pewno wiesz.
U podstaw treningu leżało ślepe posłuszeństwo i żelazna dyscyplina.
Mój ojciec nie był już taki dobry. Nie widywałem się często z matką, a
kiedy już ją spotykałem, ona też była dla mnie inna. Niemniej jednak
miałem swoje zadośćuczynienie. Od czasu do czasu odbywały się parady, na
których motłoch wiwatował na cześć moją i ojca. Kiedy wykazywałem się
szczególnymi postępami w walce sam na sam albo w strzelaniu, albo w
dżudo, chwalili mnie też i ojciec, i instruktorzy.
Było to surowo zabronione, ale moi bracia i ja próbowaliśmy czasami
zabić jeden drugiego. Instruktorzy obserwowali nas bacznie. Wtedy nie
byłem jeszcze dziedzicem. Ale stałem się nim, kiedy podczas walki dżudo
mój starszy brat upadając skręcił sobie kark. Wyglądało to na wypadek,
ale oczywiście nim nie było i od tego czasu musiałem być ostrożniejszy
niż do tej pory. Musiałem nauczyć się przebiegłości.
Przez cały ten czas, cały ten trudny czas, trwała nauka zabijania.
Było to naturalne. Bez przerwy wbijali nam w głowę, jakie to naturalne.
Musieliśmy się uczyć. A dziedzic mógł być tylko jeden...
Już wtedy żyliśmy pod chmurą strachu. Gdyby mój ojciec stracił głowę,
wypędzono by nas wszystkich z posiadłości. Och nie, nie pozostalibyśmy
głodni i bez dachu nad głową. To nie do pomyślenia w tym wieku nauki.
Ale nie być Łowcą Głów! Nie stanąć jako nieśmiertelny w plastykowym
monumencie wzniesionym przy Central Parku!
Czasami śnię, że jestem jednym z motłochu. Wydaje się to dziwne, ale
w tym śnie odczuwam głód. A to przecież niemożliwe. Wielkie elektrownie
zaspokajają wszystkie potrzeby świata. Maszyny syntetyzują żywność,
budują domy i dają nam wszystko, co niezbędne do życia. Nigdy nie
mógłbym należeć do motłochu, ale jeśli już byłbym kimś takim, wszedłbym
do pierwszej lepszej restauracji i wziął sobie do jedzenia z małych
szafeczek ze szklanymi drzwiczkami, co tylko dusza zapragnie.
Odżywiałbym się dobrze - o wiele lepiej, niż żywię się teraz. A jednak w
tym moim śnie jestem głodny.
Być może to co jem nie zadowala ciebie, Bellamy, tam we mnie. Mnie
nie zadowala, ale nie po to jest. Moje posiłki są pożywne. Mają
nieprzyjemny smak, ałe zawierają wszystkie proteiny i minerały i
witaminy niezbędne do ustawicznego podtrzymywania najwyższej sprawności
mózgu i ciała. I nie powinny być przyjemne dla podniebienia. To nie
pławienie się w rozkoszach prowadzi człowieka do nieśmiertelności w
plastyku. Przyjemność jest odczuciem osłabiającym i zdradliwym.
Bellamy tam we mnie - czy ty mnie nienawidzisz?
Moje życie nie było łatwe. Nie jest łatwym i teraz. Uparte ciało
opiera się nieśmiertelnej przyszłości, nakłania człowieka do słabości. A
jak długo można mieć nadzieję na zachowanie głowy na karku, jeśli jest
się słabym?
Motłoch sypia ze swoimi żonami. Ja nigdy nawet nie pocałowałem żadnej
z moich. (Czy to ty zsyłasz mi te sny?) Moje dzieci? Tak, są moje;
odpowiedzią jest sztuczne zapłodnienie. Sypiam na twardym łożu. Czasami
wdziewam włosiennicę. Pijam wyłącznie wodę. Moje posiłki są bez smaku.
Ćwiczę co dnia z moimi instruktorami, aż do skrajnego wyczerpania. To
ciężkie życie - ale w końcu staniemy, ty i ja, na zawsze w plastykowym
monumencie, a świat będzie nam zazdrościł i podziwiał nas. Umrę jako
Łowca Głów i będę nieśmiertelny.
Dowód znajduje się w tych szklanych skrzyniach tam na dole, w moim
holu gościnnym. Głowy, głowy - spójrz tylko, Bellamy, ile głów.
Stratton, mój pierwszy. Zabiłem go maczetą w Central Parku. Noszę na
skroni bliznę po ranie, jaką zadał mi tamtej nocy. Nauczyłem się już
działać sprawniej. Musiałem.
Za każdym razem, kiedy wchodziłem do Central Parku, pomagały mi
strach i nienawiść. Czasami w Parku jest strasznie. Chodzimy tam tylko
po zapadnięciu zmierzchu i czatujemy nierzadko przez wiele nocy, zanim
zdobędziemy jakąś głowę. Wejście do Parku jest, jak wiesz, zakazane
wszystkim prócz Łowców Głów. To nasz teren łowiecki.
Jestem przebiegły, zwinny i szybki. Wykazałem się wielką odwagą. Tam,
w mrokach Parku, nasłuchując, czekając, podchodząc, niepewny, czy zaraz
nie poczuję ostrej stali przeszywającej mi gardło, tłumiłem swoje lęki i
pielęgnowałem nienawiść. W Parku nie obowiązują żadne reguły. Broń
palna, maczugi, czy noże - raz wpadłem w sidła na ludzi, sama stal, liny
i ostre kły. Ale na czas i dostatecznie szybko zrobiłem unik, dzięki
czemu zachowałem wolną prawą rękę i strzeliłem Millerowi między oczy,
kiedy po mnie przyszedł. Głowa Millera jest teraz tam, na dole. Nigdy
byś nie powiedział, że przez jego czoło przeszedł pocisk. Tanatolodzy
potrafią czynić cuda. Ale zwykle staramy się nie uszkadzać głów.
Czym się tak zadręczasz, Bellamy, tam we mnie? Jestem jednym z
największych Łowców w Nowym Jorku. Ale taki ktoś musi być przebiegły.
Musi zastawiać sidła i pułapki z dużym wyprzedzeniem i to nie tylko w
Central Parku. Musi bez ustanku przydzielać zadania swoim szpiegom i
trzymać napięte nici kontaktów biegnące z każdej posiadłości w mieście.
Musi wiedzieć, kto jest potężny, a kto nie wart zachodu. Co by dało
zwycięstwo nad Łowcą, który w swym holu ma tylko kilkanaście głów?
Ja mam ich setki. Do wczoraj wyprzedzałem każdego mężczyznę z mojej
grupy wiekowej. Do wczoraj byłem obiektem zazdrości dla wszystkich,
których znam, idolem motłochu, niekwestionowanym mistrzem połowy Nowego
Jorku. Połowy Nowego Jorku! Czy wiesz, ile to dla mnie znaczyło? Co
dawała mi świadomość, że moi rywale nienawidzą mnie, a jednak uznają
moją wyższość? Ty to wiesz, Bellamy. Fakt, że Wierny Jonathan Hull i
Dobry Ben Griswold na samą myśl o mnie zgrzytają zębami i że Czarny Bill
Lindman z Gwizdaczem Cowlesem policzyli swoje trofea, a potem połączyli
się ze mną przez wideofon i błagali ze łzami nienawiści i furii w
oczach, żebym raczył spotkać się z nimi w Parku i dać im szansę, której
pragną - ów fakt był dla mnie ożywczym tchnieniem.
Wyśmiałem ich. Swoim śmiechem doprowadziłem Czarnego Billa Lindmana
do dzikiego szału, a potem prawie mu zazdrościłem, bo już od dawna nie
udawało mi się wpaść w taką furię. Lubię to żywiołowe popuszczenie cugli
wszystkim swoim instynktom prócz jednego - instynktu zabijania, na ślepo
i bez powodu. Mógłbym wtedy zapomnieć nawet o tobie, Bellamy, tam we mnie.
Ale to było wczoraj.
A wczorajszej nocy Dobry Ben Griswold zdobył głowę. Pamiętasz, jak
się czuliśmy, ty i ja, kiedy dotarła do nas ta wiadomość? W pierwszej
chwili chciałem umrzeć, Bellamy. Potem znienawidziłem Bena, tak jak
nigdy jeszcze nikogo nie nienawidziłem, a dobrze znałem uczucie
nienawiści. Nie mogłem uwierzyć, że tego dokonał. Nie mogłem uwierzyć, c
z y j ą głowę zdobył .
Powiedziałem, że to pomyłka, że na pewno zdobył głowę kogoś z
motłochu. Ale wiedziałem, że okłamuję sam siebie. Nikt nie łaszczy się
na nikczemną głowę. One nie mają żadnej wartości. Potem wmawiałem sobie,
że to nie może być głowa Wiernego Jonathana Hulla. Nie może być. Na
pewno nie jest. Bo Hull był potężny. W jego holu znajdowało się prawie
tyle samo głów co w moim. Gdyby Griswold miał zagarnąć je wszystkie,
stałby się potężniejszy ode mnie. Ta myśl napawała mnie czymś, czego nie
potrafiłem znieść.
Przywdziałem czapkę mego stanu z tyloma dzwoneczkami, ile głów
zdobyłem, i wyszedłem zobaczyć. To była prawda, Bellamy.
Opróżniano posiadłość Jonathana Hulla. Tłum wlewał się do środka i
wylewał stamtąd, żony i dzieci Hulla wychodziły małymi, cichymi
grupkami. Żony nie sprawiały wrażenia nieszczęśliwych, ale chłopcy tak.
(Dziewczynki oddaje się motłochowi zaraz po urodzeniu; są
bezwartościowe.) Obserwowałem przez chwilę tych chłopców. Wszyscy byli
zrozpaczeni i rozdrażnieni. Jeden miał blisko szesnaście lat, był dużym,
zwinnym wyrostkiem kończącym już chyba trening. Pewnego dnia mogę go
spotkać w Parku.
Wszyscy pozostali chłopcy byli za młodzi. Teraz kiedy ich trening
uległ przerwaniu, nigdy nie ważą się wejść do Parku. To dlatego
oczywiście nikt z motłochu nigdy nie zostaje Łowcą. Przeistoczenie
dziecka z królika w tygrysa wymaga długich lat morderczego treningu. W
Central Parku szanse na przeżycie mają tylko tygrysy.
Zajrzałem przez okno domu Wiernego Jonathana. Ujrzałem puste szklane
skrzynie w holu gościnnym. A więc nie jest to senny koszmar ani
łgarstwo, że zagarnął je Griswold, powiedziałem sobie, zagarnął je, a
razem z nimi głowę Wiernego Jonathana. Wszedłem w bramę i zaciskając
pięści biłem głową w mur i jęczałem z pogardy dla samego siebie.
Wcale nie byłem dobry. Nienawidziłem siebie i nienawidziłem też
Griswolda. Wkrótce pozostała tylko ta druga nienawiść. Wiedziałem już,
co muszę uczynić. Dzisiaj, pomyślałem, on stoi tam, gdzie ja stałem
wczoraj. Zdesperowani ludzie będą go przekonywać, będą błagać, będą
rzucać mu wyzwania próbując wszystkich znanych sobie sposobów, by
ściągnąć go dzisiejszej nocy do Parku.
Ale ja jestem chytry. Planuję daleko naprzód. Mam sieci ; zarzucone
na posiadłość każdego Łowcy w mieście, krzyżujące się z ich własnymi
sieciami.
Główną rolę odgrywała tutaj jedna z moich żon, Nelda. Dawno już
zauważyłem, że zaczyna odnosić się do mnie z niechęcią. Nigdy się nie
dowiedziałem, co było tego powodem. Podsycałem tę niechęć, dopóki nie
przerodziła się w nienawiść. Zadbałem też, żeby Griswold się o tym
dowiedział. To właśnie dzięki takim fortelom stałem się tak potężny,
jakim wówczas byłem - i jeszcze będę, na pewno jeszcze będę.
Naciągnąłem na dłoń specjalną rękawicę (nie poznałbyś, że to
rękawica), podszedłem do mojego wideofonu i zatelefonowałem do Dobrego
Bena Griswolda. Pojawił się uśmiechnięty na ekranie.
- Wyzywam cię, Ben - powiedziałem. - Dziś wieczór o dziewiątej w
Parku, przy karuzeli.
Wyśmiał mnie. Był wysokim, potężnie umięśnionym mężczyzną o byczym
karku. Spojrzałem na jego kark.
- Czekałem na twój telefon, Roger - powiedział. - Dziś wieczór o
dziewiątej - powtórzyłem.
Znowu wybuchnął śmiechem. - Ani myślę, Roger - odparł. - Po jakie
licho miałbym ryzykować głowę?
- Jesteś tchórzem.
- Pewnie, że jestem tchórzem - przyznał wciąż się uśmiechając - kiedy
nie ma nic do zyskania, a wszystko do stracenia. Czy byłem tchórzem
zeszłej nocy, kiedy zdobywałem głowę Hulla? Od dawna miałem go na oku,
Roger. Przyznaję, obawiałem się, że dopadniesz go pierwszy. A tak
nawiasem mówiąc, dlaczego tego nie zrobiłeś?
- To o twoją głowę mi chodzi, Ben.
- Dziś wieczorem nic z tego - powiedział. - I jeszcze nieprędko.
Teraz długo nie będę zaglądał do Parku. Będę zbyt zajęty. Tak czy
inaczej, daleko ci teraz do mnie, Roger. Ile masz głów?
Wiedział, niech go piekło pochłonie, o ile mnie teraz wyprzedza.
Pozwoliłem nienawiści wykrzywić mą twarz.
- Dziś wieczorem o dziewiątej w Parku - powiedziałem. - Przy
karuzeli. Bo inaczej utwierdzisz mnie w przekonaniu, że się boisz.
- Pocałuj mnie gdzieś, Roger - zadrwił ze mnie. Dziś wieczorem
prowadzę paradę. Popatrz sobie na mnie, jeśli chcesz... ale myśleć o
mnie będziesz. Nic na to nie poradzisz.
- Ty świnio, ty parszywa, tchórzliwa świnio.
Roześmiał się; szydził ze mnie, prowokował, tak jak ja wielokrotnie
czyniłem to wobec innych. Nie musiałem udawać gniewu. Miałem nieodpartą
ochotę sięgnąć w ekran i zacisnąć palce na jego gardle. Dobrze było
poczuć niepohamowaną wściekłość. Bardzo dobrze. Pozwalałem jej narastać
do punktu, w którym wydała mi się wystarczająco wielka. Pozwalałem mu
się śmiać i czerpałem z tego przyjemność.
I wtedy uczyniłem wreszcie to, co sobie zaplanowałem. We właściwym
momencie, kiedy mogło to już wyglądać przekonywająco, świadomie dałem
upust furii i rąbnąłem pięścią w ekran monitora. Roztrzaskał się. Twarz
Griswolda rozleciała się na kawałki; ten widok przypadł mi nawet do gustu.
Połączenie zostało oczywiście przerwane. Ale wiedziałem, że wkrótce
Griswold zgłosi się ponownie. Zsunąłem z dłoni rękawicę ochronną i
wezwałem sługę, co do którego byłem pewien, że mogę mu zaufać. (Jest
kryminalistą; ochraniam go. Jeśli umrę, on też umrze i dobrze o tym
wie.) Zabandażował mi nieuszkodzoną prawą dłoń i pouczyłem go, co ma
powiedzieć reszcie służby. Wiedziałem, że wieść ta dotrze szybko do
Neldy przebywającej w haremie i że nie minie godzina, jak usłyszy ją
Griswold.
Karmiłem gniew. Przez cały dzień, ćwicząc pod kierunkiem moich
instruktorów w sali gimnastycznej, trzymałem maczetę i pistolet tylko w
lewej ręce. Demonstracyjnie dawałem po sobie poznać, że dochodzę do
stadium dzikiej furii, szału zabijania, który ogarnia nas, kiedy
czujemy, że doznaliśmy zbyt wielkiej porażki.
Porażka tego rodzaju może mieć tylko jedną z dwóch konsekwencji. Tą
drugą jest samobójstwo. Nie ryzykujesz wtedy niczego i masz pewność, że
twe ciało stanie na obrzeżach Parku zalane w plastykowy monument. Ale
czasami do głosu dochodzi nienawiść i wypiera wszelki strach. Łowca
staje się wtedy szalonym berserkerem, i pomimo że czyni go to bardziej
niebezpiecznym, stanowi wówczas łatwą zdobycz - zapomina o ostrożności.
To niebezpieczeństwo dotyczyło również mnie, bo łatwo oddać się tego
rodzaju zapomnieniu. A to najlepsza droga do skazania się na zapomnienie.
Tak więc rzuciłem Griswoldowi przynętę. Ale trzeba było czegoś więcej
niż sama przynęta, żeby go sprowokować, skoro uważał, że podjęcie
takiego ryzyka nie przyniesie mu żadnego zysku. Rozpuściłem więc pewne
pogłoski. Były to bardzo wiarygodne pogłoski. Z mojego poduszczenia
rozniosło się pocztą pantoflową, że Czarny Bill Lindman i Gwizdacz
Cowles, tak samo jak ja zdesperowani tryumfem, jaki odniósł nad nami
Griswold, wyzwali jeden drugiego na spotkanie tej nocy w Parku. Tylko
jeden mógł wyjść z tego żywy, ale ten jeden zostałby mistrzem Nowego
Jorku w kategorii obejmującej naszą grupę wiekową. (Był jeszcze, ma się
rozumieć, Stary Murdoch ze swą słynną, gromadzoną przez całe życie
kolekcją. Rywalizacja na tak wysokim poziomie prowadzona była jednak
tylko między nami.)
Spodziewałem się, że zasłyszawszy te pogłoski Griswold zacznie
działać. Takich wiadomości nie sposób sprawdzić. Człowiek rzadko
rozgłasza otwarcie, że udaje się do Parku. Z tego, co wiedziałem, mogła
to być nawet prawda. A z tego, co wiedział Griswold, jego przewaga
znajdzie się w śmiertelnym niebezpieczeństwie, zanim zdąży się nacieszyć
swoim Tryumfem. Oczywiście niebezpieczeństwo groziłoby mu również i
wtedy, gdyby wyszedł bronić swego zwycięstwa. Lindman i Cowles są obaj
dobrymi Łowcami. Ale Griswold, jeśli nie zwietrzyłby mojego podstępu,
miał szanse odnieść jedno pewne zwycięstwo - nade mną, Zacnym Rogerem
Bellamym, czekającym w ślepej furii na umówionym miejscu spotkania z nie
nadającą się do użycia w walce prawą ręką. Czyż nie było to aż nadto
oczywiste? Tak, ale ty nie znasz Griswolda.
Kiedy zapadł zmrok, przywdziałem strój myśliwski. Jest kuloodporny,
czarny, ściśle dopasowany, ale nie krępujący żadnych ruchów. Uczerniłem
sobie twarz i dłonie. Zabrałem pistolet, nóż i maczetę, której metalowe
ostrze poddane specjalnym zabiegom nie miało prawa zabłysnąć w świetle
ani go odbić. Lubiłem posługiwać się zwłaszcza maczetą. Mam silne
ramiona. Uważałem, by nie używać zabandażowanej dłoni nawet wtedy, kiedy
odnosiłem wrażenie, że nikt mnie nie obserwuje. I pamiętałem, że muszę
wyglądać na bliskiego wybuchu dzikim szałem, bo zdawałem sobie sprawę,
że szpiedzy Griswolda będą mu donosić o każdym moim ruchu.
Ruszyłem w stronę Central Parku, zmierzając do wejścia, " od którego
było najbliżej do placyku z karuzelą. Do tego miejsca ludzie Griswolda
mogli mnie sobie śledzić. Ale ani kroku dalej.
Ociągałem się przez chwilę przy bramie - pamiętasz to, Bellamy, tam
we mnie? Pamiętasz plastykowe monumenty, które mijaliśmy idąc skrajem
Parku? Falconer i Brennan, i inni, na zawsze nieśmiertelni, wyprężeni
dumnie niczym bogowie w przeźroczystych, wiecznych blokach. Przeżyte
wszystkie namiętności, stoczone wszystkie walki, zapewniona
nieprzemijająca chwała. Czy ty też im zazdrościłeś , Bellamy?
Pamiętam, jak oczy starego Falconera zdawały się przewiercać mnie
(pogardliwie). Liczba głów, które zdobył, jest wyryta na cokole jego
monumentu, a był bardzo wielkim człowiekiem. Zaczekaj, pomyślałem. Ja
też stanę w plastyku. Zdobędę więcej głów, niż udało się to tobie,
Falconer, a dzień w którym tego dokonam, będzie zarazem dniem, w którym
będę mógł złożyć to brzemię...
Ledwie skrył mnie głęboki mrok panujący w bramie, zsunąłem szybko
bandaż z prawej dłoni. Wydobyłem swój czarny nóż i trzymając się tuż
przy murze zacząłem przesuwać się szybko w kierunku małej furtki, do
której jest najbliżej z posiadłości Griswolda: Nie miałem oczywiście
najmniejszego zamiaru zbliżać się do okolic placyku z karuzelą. Griswold
będzie się śpieszył, ż...
[ Pobierz całość w formacie PDF ]