Kuttner Henry - Głos homara, Kuttner Henry

[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Henry Kuttner        Głos homara

      

          Nie wyjmując cygara z zębów, lecz trzymając je odchylone pod

      bezpiecznym kątem, Terence Lao-t'se Macduff przyłożył oko do szpary w

      kurtynie i zlustrował audytorium czujnym spojrzeniem.

          - Szafa gra - mruknął pod nosem. - A może i nie? Mam dziwne wrażenie,

      że mokra mysz pełza mi tam i z powrotem po krzyżu. Szkoda, że nie mogę

      wysłać do nich tej dziewczyny z Mniejszej Wegi, by wystąpiła zamiast mnie.

      No dobrze - idę.

          Gdy kurtyna zaczęła się wolno podnosić, wyprostował swą krągłą postać.

 

          - Dobry wieczór wszystkim - zaczął jowialnie. - Jestem szczęśliwy,

      widząc tak wiele żądnych wiedzy istot zebranych dziś tu, na najzieleńszym

      ze światów aldebarańskich.

          Wśród zgromadzonych rozległy się stłumione okrzyki zmieszane z odorem

      piżma charakterystycznym dla Aldebarańczyków oraz zapachami wielu innych

      ras i rodzajów. Na Tau Aldebarana nastała właśnie Pora Loterii i słynna

      uroczystość, polegająca na liczeniu nasion w pierwszym owocu sphyghi

      sezonu, jak zwykle zwabiła czcicieli fortuny z całej galaktyki. Na sali

      był nawet Ziemianin ze zmierzwioną grzywą rudych włosów, siedzący w

      pierwszym rzędzie i z groźnym grymasem na twarzy wpatrujący się w

      Macduffa. Z trudem unikając tego spojrzenia, Macduff zaczął z pewnym

      pośpiechem:

          - Panie, panowie i Aldebarańczycy! Proponuję państwu mój Uniwersalny

      Radioizotopowy Hormonalny Eliksir Odmładzający - bezcenne odkrycie, które

      przywróci wam utraconą młodość za niewygórowaną cenę, nie przekraczającą

      finansowych możliwości każdego.

          Jakiś przedmiot świsnął Macduffowi nad głową. Wyćwiczonym uchem

      wyłowił z gwaru międzygwiezdnych języków kilka znajomych słów i zrozumiał,

      że uczucia zebranych są dalekie od aprobaty.

          - Ten facet to oszust! Jak nic! - ryczał rudowłosy Ziemianin.

          Odruchowo uchylając się. przed przejrzałym owocem, Macduff spojrzał na

      niego ze zrozumieniem.

          - Oho - pomyślał. - Ciekawe, jak się zorientował, że te karty były

      znaczone na podczerwień?

          Uniósł ramiona teatralnym gestem, prosząc o ciszę, zrobił krok w tył,

      kopnął dźwignię zapadni i w mgnieniu oka zniknął pod podłogą. Widzowie

      wydali straszliwy krzyk rozczarowania i wściekłości. Macudff, przemykając

      szybko wśród starych dekoracji, słyszał nad głową tupot licznych nóg i

      odnóży.

          - Chlorofil się dziś poleje - mruczał, pędząc ile sił w nogach. - Cały

      kłopot z Aldebarańczykami polega na tym, że w głębi duszy pozostali nadal

      jarzynami. Żadnej etyki - tylko odruchy.

          Biegnąc potknął się o na wpół opróżnioną puszkę progesteronu, hormonu

      niezbędnego, gdy jeleń, to znaczy klient zaliczał się do ptaków lub

      ssaków.

          - To na pewno nie wina hormonów - rozważał głośno Macduff, kopniakiem

      odrzucając puszkę na bok. - To z pewnością przez ten izotop. Napiszę

      skargę do tej firmy w Chicago. Nieodpowiedzialni partacze! Powinienem się

      spodziewać, że ich produkt jest nędznej jakości - przy tak niskiej cenie.

      Trzy miesiące, akurat! Przecież nawet dwa tygodnie nie minęły, od kiedy

      sprzedałem pierwszą butelkę - i dopiero co opłaciłem wszystkich i zacząłem

      mieć nadzieję na jakiś zysk!

          Ostatnie słowa mówił serio. Tego wieczoru Uniwersalny Radioizotopowy

      Hormonalny Eliksir Odmładzający miał przynieść pierwsze pieniądze

      Macduffowi. Chciwość aldebarańskich urzędników miała rozmiary nie

      przypisywane na ogół istotom wywodzącym się z warzywnika. I jak teraz

      szybko zdobyć dość pieniędzy, by zapewnić sobie miejsce na statku?

      Wszystko przemawiało za tym, że dłuższy pobyt na planecie byłby

      niewskazany.

          - Same kłopoty - mruczał pod nosem Macduff, umykając korytarzem.

      Wypadł na zewnątrz i przewidująco wywrócił stertę pustych skrzyń,

      tarasując drogę. Zza powstałej barykady dobiegły go wściekłe wrzaski.

          - Istna wieża Babel - powiedział do siebie, biegnąc ciężkim kłusem. -

      To właśnie cały kłopot z podróżami galaktycznymi. Zbyt wiele

      nadpobudliwych ras.

          Nisko pochylony pospiesznie oddalił się z miejsca wydarzeń, wciąż

      komentując je pod nosem, ponieważ miał zwyczaj stale mówić do siebie,

      najczęściej zresztą wygłaszając poufne i pochlebne opinie o własnej osobie

      i postępowaniu.

          Stwierdziwszy po chwili, że znalazł się w bezpiecznej odległości od

      dyszącego zemstą tłumu, zwolnił kroku, wszedł do nędznego lombardu i wydał

      kilka monet ze swych skromnych zasobów. W zamian otrzymał małą, odrapaną

      walizkę, zawierającą wszystko, co potrzebne do pospiesznego opuszczenia

      planety - to znaczy wszystko, prócz najistotniejszej rzeczy. Macduff nie

      miał biletu.

          Gdyby przewidział, jakie rozmiary osiągnęły na Tau Aldebarana korupcja

      i przekupstwo, z pewnością wziąłby ze sobą więcej pieniędzy na łapówki.

      Chciał jednak, aby jego przyjazd zbiegł się z wielkim festiwalem sphyghi i

      zabrakło mu czasu na zgromadzenie znaczniejszych funduszów. Mimo wszystko

      nie tracił ducha. Kapitan Masterson z "Suttera" był mu winien grzeczność,

      a jego statek miał odlecieć rano.

          - Może coś da się jeszcze zrobić - przeżuwał niewesołe myśli Macduff,

      maszerując z wysiłkiem przed siebie. Niech pomyślę. Numer jeden - Ao.

          Ao, dziewczyna z Mniejszej Wegi o wybitnych zdolnościach hipnotycznych

      mogłaby być wspaniałą fasadą - oczywiście mówiąc w przenośni - dla

      poczynań Macduffa.

          - Pożyczenie pieniędzy nie rozwiąże problemu numer jeden. Nawet jeżeli

      uda mi się namówić Ao, będę jeszcze załatwiać sprawę z jej opiekunem -

      problem numer dwa.

          Problem numer dwa stanowił Algolianin zwany Ess Pu. Macduff zadał

      sobie trud stałego dowiadywania się o jego poczynaniach i stąd miał

      pewność, że Algolianin od dwu dni gra w kości niedaleko od centrum miasta,

      w Młynie Szczęścia Pod Ultrafioletową Latarnią. Prawdopodobnie jego

      przeciwnikiem był wciąż burmistrz Aldebaran City.

          - Co więcej - zastanawiał się Macduff - zarówno Ess Pu, jak i Ao mają

      bilety na "Suttera". Bardzo dobrze. Rozwiązanie jest proste. Pozostaje mi

      tylko przyłączyć się do gry, wygrać Ao i oba bilety, po czym strząsnąć

      kurz tej piekielnej planety ze swych stóp.

          Niedbale kołysząc walizeczką, szybkim krokiem przemierzał boczne

      uliczki, wciąż słysząc w oddali narastający zgiełk, aż stanął u drzwi

      Młyna Szczęścia Pod Ultrafioletową Latarnią. Niskie, łukowate wejście

      zasłonięto skórzanymi kotarami. Macduff zatrzymał się w progu i spojrzał

      za siebie, ze zdziwieniem stwierdzając, że w mieście panuje straszliwe

      zamieszanie. Podświadome poczucie winy oraz miłość własna sprawiły, że

      przez moment zastanawiał się czy to nie z jego powodu. Ponieważ jednak w

      swojej długiej karierze tylko raz skierował przeciwko sobie gniew

      mieszkańców całej planety, zdecydował, że najprawdopodobniej gdzieś się

      pali.

          Tak więc rozchylił zasłony i wszedł pod Ultrafioletową Latarnię,

      rozglądając się pilnie, czy nie ujrzy gdzieś Angusa Ramsaya. Ramsay, jak

      czytelnik łatwo zgadnie, to rudowłosy mężczyzna niecnie zniesławiający

      Macduffa w teatrze.

          - A przecież sam nalegał na kupno butelki eliksiru rozmyślał

      niefortunny wynalazca. - No, nie ma go tu, ale jest Ess Pu. Dałem mu

      tysiąc okazji, ale nie skorzystał z mojej wspaniałomyślności i nie

      sprzedał mi Ao. Teraz poniesie konsekwencje swego uporu.

          Napinając mięśnie swych wąskich ramion (bo nie można zaprzeczać, że

      Macduff przypominał nieco gruszkę) przedarł się w kąt sali, gdzie Ess Pu

      pochylał się nad zielonym stolikiem razem ze swym towarzyszem,

      burmistrzem. Nieobytemu w kosmosie obserwatorowi mogło się wydawać, że to

     tylko niewinna partyjka kości rozgrywana między jednym z lokalnych

      badylarzy, a homarem. Jednak Macduff był prawdziwym kosmopolitą. Już

      podczas pierwszego spotkania z Ess Pu, kilka tygodni wcześniej, dostrzegł

      w nim godnego uwagi, groźnego przeciwnika.

          Wszyscy Algolianie są niebezpieczni i powszechnie znani ze skłonności

      do waśni, gwałtownych wybuchów wściekłości oraz odwróconej skali uczuć.

          - To nadzwyczajne - rozmyślał Macduff, wpatrując się intensywnie w Ess

      Pu. - Oni czują się dobrze tylko wtedy, gdy kogoś nienawidzą. Uczucia

      przyjemności i bólu zamieniły się u nich miejscami. Algolianie kultywują

      wściekłość, nienawiść i okrucieństwo. Pożałowania godny stan rzeczy. Ess

      Pu z chrzęstem oparł pokryty łuską łokieć na stole i potrząsnął kubkiem

      przed nosem kulącego się przeciwnika. Ponieważ postać aldebarańskiego

      badylarza jest każdemu dobrze znana dzięki popularności ich programów

      wideo, nie muszę bliżej opisywać burmistrza.

          Macduff opadł na najbliższy fotel i trzymając walizeczkę na kolanach,

      otworzył ją, po czym pospiesznie przejrzał różnorodną zawartość, na którą

      składały się między innymi: komplet kart do taroka, kilka grawerowanych

      sztabek plutonu (bezwartościowych) i wiele buteleczek z próbkami hormonów

      i izotopów. Miał tam również małą kapsułkę letejskiego pyłu, tego

      nieprzyjemnego narkotyku działającego na psychokinetyczne sprzężenie

      zwrotne. Tak, jak uszkodzenie móżdżku powoduje niezdolność podjęcia

      jakiejkolwiek decyzji, tak pył letejski narusza mechanizm psychokinezy.

      Macduff czuł, że nieco zamieszania w psychice Ess Pu może okazać się

      korzystne. Z tą myślą uważnie śledził grę.

          Algolianin powiódł po stole spojrzeniem swych osadzonych na ruchomych

      słupkach oczu. Pofałdowane błony wokół jego pyska przybrały bladosiną

      barwę. Kości potoczyły się z grzechotem. Wypadło siedem. Membrany Ess Pu

      stały się zielone. Jedna z kości zadrżała jeszcze, zakołysała się i

      przetoczyła, dając jedynkę. Zadowolony Algolianin trzasnął szczypcami,

      burmistrz załamał ręce, a Macduff, wydając okrzyki podziwu, pochylił się,

      by poklepać spadzisty grzbiet Ess Pu, jednocześnie zręcznie wsypując

      zawartość kapsułki do jego kieliszka.

          - Kolego - rzekł z zachwytem do homara. - Przemierzyłem galaktykę od

      końca do końca i nigdy jeszcze...

          - Phe! - odparł kwaśno Ess Pu, zagarniając wygraną. Dodał też, że nie

      sprzedałby Ao, nawet gdyby mógł. Więc zjeżdżaj stąd! - zakończył,

      trzaskając pogardliwie kleszczami przed nosem Macduffa.

          - Czemu nie możesz jej sprzedać? - dopytywał się ten ostatni. -

      Chociaż "sprzedaż" to w tym wypadku zupełnie niewłaściwe słowo. Mam na

      myśli...

          Zrozumiał, że Algolianin odstąpił Ao burmistrzowi. Macduff zwrócił

      zdziwiony wzrok na tę wybitną osobistość, która wyraźnie czuła się

      nieswojo.

          - Nie poznałem Waszej Dostojności - powiedział Macduff. - Z trudnością

      rozróżniam przedstawicieli niehumanoidalnych ras. Czyżbym dobrze zrozumiał

      - mówiłeś, że sprzedałeś ją burmistrzowi, Ess Pu? O ile pamiętam, Zarząd

      Mniejszej Wegi tylko oddaje w dzierżawę odpowiednim opiekunom...

          - Ess Pu zrzekł się opieki na moją rzecz - wtrącił pospiesznie

      burmistrz, łżąc w żywe oczy.

          - Wynoś się - warknął Algolianin. - Nic ci po Ao. Ona jest objet

      d'art.

          - Twoja znajomość francuskiego jest wspaniała rzekł taktownie Macduff

      - jak na homara. A jeśli chodzi o tę prześliczną istotę, to w moich

      badaniach naukowych zamierzam się niebawem zająć prognozowaniem nastrojów

      dużych zbiorowisk. Jak wszyscy wiemy, mieszkańcy Mniejszej Wegi mają

      dziwną zdolność wprowadzania słuchaczy w stan oszołomienia. Mając na

      podium taką dziewczynę jak Ao, mógłbym być pewny zainteresowania

      audytorium.

          Przerwał mu przeraźliwy pisk wideoodbiornika. Wszyscy spojrzeli na

      ekrany. Dodatkowe aparaty na podczerwień i ultrafiolet zainstalowane dla

      gości o zróżnicowanych systemach postrzegania, mruczały cicho. Na

      wszystkich widać było wybałuszone oczy spikera odczytującego komunikat.

          - Liga Ochrony Moralności zwołała już walne zebranie członków.

          Wyglądający na przestraszonego burmistrz zaczął się podnosić, ale

      najwidoczniej uznał, że lepiej dać temu spokój. Wszystko wskazywało na to,

      że ma coś na sumieniu. Zapytany o to Ess Pu w wulgarny sposób doradził

      Macduffowi opuścić lokal i nadął się przy tym obraźliwie.

          - Phi - odparł nieustraszony Macduff wiedząc, że biega szybciej od

      niego. - Każ się wypchać!

          Błony Algolianina stały się szkarłatne z wściekłości. Nim zdołał coś

      powiedzieć, Macduff zaproponował szybko, że odkupi bilet Ao, czego nie

      mógł, a nawet nie miał zamiaru zrobić.

          - Nie mam jej biletu - ryknął homar. - Ona go ma! A teraz wynoś się

      zanim...

          Zakrztusił się z wściekłości, zakaszlał i wychylił swój kielich.

      Ignorując Macduffa wyrzucił szóstkę i popchnął stos żetonów na środek

      stohz. Burmistrz z nerwowym zainteresowaniem zerknął na wideoekran i

      postawił również. W tym momencie odbiornik zawył przeraźliwie głosem

      sprawozdawcy:

          - ...tłumy demonstrantów maszerujących na siedzibę rządu! Rozgniewana

      ludność domaga się usunięcia obecnej administracji, oskarżając ją o

      korupcję i nieudolność! Bezpośrednią przyczyną rozruchów było

      prawdopodobnie ujawnienie machinacji niejakiego Macduffa...

          Burmistrz Aldebaran City podskoczył i rzucił się do ucieczki, lecz Ess

      Pu chwycił go szczypcami za poły surduta. Wideo wciąż piszczało okrutnie,

      podając aż nazbyt dokładny opis wynalazcy Eliksiru Odmładzającego i tylko

      mglista atmosfera chroniła Macduffa przed natychmiastowym rozpoznaniem.

      Stał miotany wątpliwościami; rozsądek mówił mu, że powinien jak najprędzej

      opuścić lokal, ale instynktownie czuł, że przy stole wydarzy się coś

      ciekawego.

          - Muszę iść do domu! - jęczał burmistrz. - Sprawy niezwykłej wagi...

          - Stawiasz Ao? - dopytywał się skorupiak, znacząco potrząsając

      kleszczami. - Stawiasz, co? Prawda? No, powiedz!

          - Tak! - krzyknął udręczony burmistrz. - Och tak, tak, tak! Co chcesz!

 

          - Miałem szóstkę - przypomniał Ess Pu grzechocząc kubkiem. Membrany

      przy jego pysku pokryły się dziwnymi cętkami, a oczy poruszały się

      niepokojąco na ruchomych słupkach. Przypomniawszy sobie o pyle letejskim,

      Macduff zaczął powoli przesuwać się do wyjścia.

          Rozległ się ryk zdumienia i wściekłości, gdy Algolianin ujrzał, jak

      nieposłuszne jego woli kości upadły, dając siedem. Chwycił się za gardło,

      porwał swój kielich i podejrzliwie zerknął do środka. Było po zawodach.

      Młyn Szczęścia zatrząsł się od dzikich wrzasków homara, ale Macduff już

      wyśliznął się na zewnątrz i podreptał szybko ulicą, niknąc w chłodnych,

      przesyconych zapachem piżma, mrokach aldebarańskiej nocy.

          - Mimo wszystko, nadal muszę zdobyć bilet - rozmyślał. - A także Ao,

      jeżeli to możliwe. Pójdę do pałacu burmistrza. Chyba, że rozedrą mnie na

      strzępy - dodał, skręcając w bok, by uniknąć wymachujących pochodniami

      tłumów przewalających się bezładnie ulicami miasta.

          - Jakie to zabawne. W takich chwilach jestem dumny, że należę do

      cywilizowanej rasy. Nie ma to jak nasz Układ Słoneczny - podsumował i na

      widok nadciągającej ciżby przeczołgał się pospiesznie pod ogrodzeniem.

      Przedostawszy się na drugą stronę, przeciął zaułek i dotarł do tylnych

      drzwi luksusowej siedziby z różowego porfiru. Mocno zastukał kołatką do

      hebanowych drzwi. Z cichym szmerem odsunięto otwór judasza. Macduff wbił

      stanowcze spojrzenie w niewidocznego odźwiernego.

          - Wiadomość od burmistrza - oznajmił rześkim głosem. - Ma kłopoty.

      Wysłał mnie, żebym niezwłocznie przyprowadził mu tę dziewczynę z Mniejszej

      Wegi. To kwestia życia i śmierci. Pospiesz się!

          Zza furty doleciał cichy okrzyk zdumienia i odgłos oddalających się

      kroków. Po chwili drzwi otwarły się, ukazując burmistrza we własnej

      osobie.

          - Tu! - krzyknął oszalały ze strachu urzędnik. - Jest twoja. Tylko

      zabierz ją stąd natychmiast. Nigdy w życiu nie widziałem Ess Pu. Nie

      widziałem ciebie. Jej też nie widziałem na oczy. Nikogo nie widziałem.

      Och, ci zwariowani reformatorzy! Wystarczy cień podejrzenia i będę

      zgubiony, zgubiony!

          Trochę zdziwiony niespodziewanym uśmiechem losu, Macduff w pełni

      dorósł do sytuacji.

          - Może pan na mnie polegać - rzekł nieszczęśliwej jarzynie, gdy smukłą

      i piękną dziewczynę wypchnięto za próg. - Opuści Tau Aldebarana jutro o

      świcie. Niezwłocznie zabiorę ją na pokład "Suttera".

          - Tak, tak, dobrze! - odparł burmistrz, bezskutecznie próbując zamknąć

      drzwi, co uniemożliwiała stopa Macduffa.

          - Ma swój bilet na statek?

          - Bilet? Jaki bilet? A tak, ma. Przypięty do opaski na przegubie. Och!

      Nadchodzą! Patrzcie!

          Przerażony burmistrz zatrzasnął drzwi. Macduff chwycił Ao za rękę i

      pomknął z nią w gąszcz krzewów otaczających plac. W chwilę później

      pochłonęła ich gęsta mgła i labirynt uliczek Aldebaran City.

          W pierwszej napotkanej sieni Macduff przystanął i spojrzał na Ao.

      Warto było na nią popatrzeć. Stała, nie myśląc kompletnie o niczym. Nie

      musiała w ogóle myśleć. Była zbyt piękna.

          Nikomu jeszcze nie udało się opisać istot z Mniejszej Wegi i

      prawdopodobnie nikomu się to nie uda. Mózgi elektronowe psują się i rtęć

      ścina się w ich komórkach pamięci przy próbach zanalizowania tego

      nieuchwytnego czynnika, zamieniającego każdego w słup soli. Niestety, cała

      ta rasa, a więc i Ao, nie grzeszy nadmiarem intelektu. Macduff spoglądał

      na dziewczynę z czysto platonicznym zachwytem.

          Idealnie nadawała się na przynętę. Najwidoczniej mózg każdego

      mieszkańca Mniejszej Wegi emanuje jakieś nieznane fale działające

      hipnotycznie. Macduff wiedział, że gdyby miał przy sobie Ao godzinę

      wcześniej, to niemal na pewno zdołałby uspokoić niesforne audytorium i

      zapobiec rozruchom. Magiczny urok Ao mógłby uspokoić nawet Angusa Ramsaya.

      Dziwne, ale wszelkie kontakty Ao z płcią odmienną miały wyłącznie

      platoniczny charakter, naturalnie z wyjątkiem przedstawicieli brzydszej

      połowy populacji Mniejszej Wegi. Wszystkim pozostałym wystarczyło jedynie

      spoglądanie na Ao. Prawdę mówiąc, wzrok nie miał z tym nic wspólnego, bo

      przecież każda rasa uznaje inne kanony piękna. A jednak wszystkie żywe

      organizmy podobnie reagują na obecność mieszkańców Mniejszej Wegi.

          - Tu się coś szykuje, moja droga - rzekł Macduff, ruszając dalej. -

      Czemu burmistrz tak bardzo chciał się ciebie pozbyć? Oczywiście nie ma

      sensu pytać o to ciebie. Lepiej dostańmy się na pokład "Suttera". Jestem

      pewny, że kapitan Masterson pożyczy mi na bilet. Gdybym pomyślał o tym

      wcześniej, z pewnością namówiłbym burmistrza na małą pożyczkę... a może i

      nawet na dużą - dodał, przypominając sobie wyraźne objawy poczucia winy u

      tego zacnego obywatela. - Chyba straciłem okazję.

          Ao z wdziękiem przeskoczyła przez błotnistą kałużę. Rozmyślała o

      przyjemniejszych i mniej przyziemnych sprawach.

          Dochodzili już do kosmodromu, gdy dolatujące z oddali dźwięki i

      rosnąca łuna zdradziły Macduffowi, że tłum podpalił porfirowy pałac

      burmistrza.

          - To przecież tylko jarzyna - powiedział sobie - ale jednak czuję w

      sercu... Wielkie nieba!

          Przerwał wyraźnie wstrząśnięty. Przed sobą mieli zamglony kosmodrom,

      na którym opasłe cielsko "Suttera" tryskało blaskiem. Posłyszał odległy

      grzmiący pomruk - statek grzał silniki. Falujący tłum pasażerów kłębił się

      na pomoście.

          - Rany boskie, odlatują! - wykrzyknął Macduff. To woła o pomstę do

      nieba. Nawet nie powiadomili pasażerów - a może ogłosili komunikat przez

      wideo. Tak, chyba tak zrobili. To może spowodować szereg kłopotów. Kapitan

      Masterson będzie w sterowni, w pokoju z napisem "Nie przeszkadzać" na

      drzwiach. Start statku to skomplikowana sprawa. Jak na Tau Aldebarana

      dostać się we dwoje na pokład, mając tylko jeden bilet?

          Silniki mruczały ponuro. Ciężkie pasma mgły snuły się po czarnobiałych

      płytach lądowiska. Macduff ruszył pędem, ciągnąc za sobą Ao, jakby była

      piórkiem.

...

[ Pobierz całość w formacie PDF ]
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • psp5.opx.pl