Kuczewska L. - Biali niewolnicy.Losy Polaków na Syberii w XIX i XX wieku(1), Gułag

[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Ludwika Kuczewska

Biali niewolnicy

 

 

 

Skład i druk dofinansowany przez: Radę Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa w Warszawie oraz

Komitet Ochrony Pamięci Walki i Męczeństwa

przy Wojewodzie Krakowskim

Związek Sybiraków Oddział w Krakowie Kraków 2000

Wydanie I Printed in Poland

Copyright by Związek Sybiraków w Krakowie 2000 Copyright by Towarzystwo Sympatyków Historii Kraków 2000

ISBN - 83-912784-3-3

 

Od Wilejki do Karagandy i Sybiru

 

W ciemną mglistą noc, 30 marca 1939 г., do pogrążonego w gęstych mrokach ciemności i błogiego spokoju naszego samotnie stojącego na odludziu domu w Zagórzu, mocno zastukały w okno czyjeś ręce, a z ust padło tylko jedno piorunujące słowo -mobilizacja. Ta wieść, rzucona ustnie i nie mająca formy urzędowego alarmu, była dla nas gromem z jasnego nieba, który w błyskawicznym tempie postawił cały dom w stan ostrego pogotowia. Ta iście hiobowa wieść wśród nocnej ciszy nabierała i urastała do rozmiarów szczególnej grozy, paraliżując wszelką rozwagę, utożsamiając się z pojęciem, wroga w progach naszych domów, plądrującego miasta i wsie w łunie pożarów.

Zakotłowało się w całym domu niczym w mrowisku, bo mobilizacja dotyczyła mojego męża Stefana, porucznika rezerwy 13 pułku Ułanów Wileńskich. Natychmiast przystąpiliśmy do zgromadzenia nieodzownego żołnierskiego ekwipunku zmobilizowanemu, z myślą o wszystkim, co będzie mu konieczne w wojennej zawierusze. Ja, siostra moja, brat męża, teść, mąż i służąca Hania, wszyscy krzątaliśmy się jak w ukropie. Mąż mimo zdenerwowania starał się być spokojny, opanowany, ale moje rozbiegane oczy, które w tej chwili szczególnie wnikliwie kontrolowały każdy szczegół, dostrzegały wyraźnie, co przeżywał wewnętrznie, nawet co mógł myśleć przed bliską rozłąką z całą rodziną. Jego oczy to długo z czułością zatrzymywały się na dzieciach śpiących beztrosko snem głębokim, to na mnie pogrążonej w krzątaninie, to znów na walizce szybko wypełniającej się bielizną i drobiazgami nie-

13

odzownymi w życiu codziennym, to na ostrogach co jak lustro lśniły w nikłym blasku lampy naftowej. Tak je wypolerowała służąca Hania, chociaż od paru lat z górą leżały gdzieś zarzucone jako balast. Dziś, wygrzebane z zapomnienia i wyczyszczone skrzętnie, błyszczały jakby chciały powiedzieć: istnieją momenty kiedy nawet rzeczy odrzucone, zaniedbane i zapomniane odzyskują znów swoją wartość, przydatność i znaczenie.

Teść, który ze względu na słaby wzrok niewiele mógł pomóc w ogólnej krzątaninie, nerwowo przemierzał miarowym krokiem przestrzeń z maleńkiego pokoiku do kuchni, trzymając ręce zatopione głęboko w kieszeniach, aby przypadkiem nikt z nas nie dostrzegł ich nerwowego drżenia, i raz po raz zbliżał swoją twarz do budzika stojącego na stole, jakby chciał wstrzymać szybki, nieubłagany ruch wskazówek ku nieznanemu jutru. Już szary świt rysował się na wschodniej stronie nieba i lekki brzask zaczynał różowić widnokrąg, kiedy nasze przygotowania były ukończone. Mąż, ze stoickim spokojem na bladej twarzy, pożegnał nas, ściskając mocno każdego i szybko odjechał, aby nie widzieć naszych oczu pełnych wzruszenia i łez. Pojechał do RKU1 w Wilejce, gdzie miał otrzymać przydział do macierzystego pułku.

Ja, w ciągu tych paru godzin krzątaniny w pośpiechu i zamieszaniu, nie myślałam o następstwach i okropnościach wojny, tym więcej że tereny Wileńszczyzny były daleko od granicy wroga, od terenów, na których może toczyć się wojna. Ale kiedy w domu nie stało osoby męża, tego jakby powiedzieć kręgosłupa i podpory rodziny, ogarnął mnie jakiś paniczny, okropny lęk przed nieznanym jutrem. Jutrem nienormalnego, zakłóconego wieloma trudnościami życia, sparaliżowanego rozdwojeniem moich sił na pracę zawodową i pracę w gospodarstwie domowym. Czy starczy mi sił, hartu ducha i silnej woli, by podołać wszystkiemu na jednym i drugim odcinku. Powiedziawszy szczerze - do tej pory ciężarem były mi wyłącznie obowiązki zawodowe, bo, wyznaję

' RKU - Rejonowa Komenda Uzupełnień, organ administracji wojskowej zajmujący się wcielaniem do służby wojskowej.

14

otwarcie, nie mogłam wrosnąć w środowisko, w którym obecnie pracowałam. Szkoła-rudera, położona blisko 3 km od mojego miejsca zamieszkania we wsi Wytreski, zimna, odpychająca już samym wyglądem zewnętrznym. Prócz tego z widokiem na cmentarz leżący nieopodal z jednej strony, a z drugiej na pola i jedyny bliżej położony budynek gospodarczy sąsiada. Stała ta szkoła tuż przy drodze wiejskiej, bez skrawka ziemi wokoło, gdzie można by założyć choć parę rabatek kwiatowych dla ozdoby. Wydeptana wokół budynku ścieżka, tu i ówdzie okraszona rosnącym srebrzystym piołunem, świadczyła niezbicie o tym, że w budynku tym koncentruje się naprawdę życie ludzkie. Nie było tu nawet skrawka podwórka do zabaw i gier dla dzieci. Wieś była skomasowana, rozrzucona na kolonie, a właściciel, któremu przypadła w udziale parcela z budynkiem, nie omieszkał doorać ziemi ile się tylko dało. Budynek miał być zlikwidowany, ale gmina specjalnym zarządzeniem uratowała go jako najodpowiedniejsze locum na szkołę. O ironio - to było raczej miejsce na skład opału, czy oborę, a nie na przybytek wiedzy. Nowy właściciel dokumentując swoje niezbite prawo do parceli - oprócz budynku - też pewnie żywił niechęć do tej rudery, która mu była całkiem nie na rękę, i doorał do ostatka ziemię. Mimo serdecznego przywiązania do dzieci w tej szkole, raził mnie wciąż ten budynek wyobcowany z ogólnego życia wsi, jakby wyrzucony za nawias, a równocześnie zaniedbany przez właściciela. Do mieszkańców też nie czułam specjalnego sentymentu, nie dlatego bynajmniej, że ogół stanowili Białorusini. Przyczyną był tu dystans, z jakim się odnosili do nauczyciela i spraw szkolnych, czego nie dostrzegałam na dwóch poprzednich placówkach. W poprzednich bowiem angażowała mnie praca społeczna z młodzieżą, z kobietami, które uczyłam uprawy warzyw i gotowania, a przez taką pracę wrastałam w środowisko głęboko, nie bez obopólnego zadowolenia. Z Wytreskami nie mogłam zadzierzgnąć tej więzi, więc prócz obowiązku i dzieci, nic mnie tu nie łączyło ze środowiskiem. Miałam jednakże i tu jedną jedyną rodzinę, którą pozyskałam dla siebie

15

bez reszty, byli to Mikołaj i Paraska Awrejcewicze. Domek ich, a raczej mizerna chatynka, była ostatnią jak wyrzutek za piaszczystym pagórkiem, z dala od reszty zamożniejszych kolonii, rozsiadłych na lepszych gruntach. Domek mieli mały, sklecony z nie-ciosanych bierwion, pokryty jak inne domostwa wsi słomą. Tuż przy nim takaż mizerna stodółka i obórka dla jedynej krówki, dwóch owieczek wełnistych, wiecznie brudnych i chudej, posiwiałej - może od starości - szkapy, ongiś myszakowatej. Zagrodę Mikołaja otaczał wokoło chruściany płotek. Były i przed oknami dwie małe grządki na rozsadę, odgrodzone również przed wścib-skimi kurami. Chętnie zachodziłam do Awrejcewiczów, chociaż rodzin o tym nazwisku było tu kilka. Paraska prała zawsze u mnie bieliznę, Mikołaj znów pomagał przy różnych pracach gospodarskich. Szczególnie pociągało mnie do tej chatki tkactwo Paraski. Tkactwo artystyczne, piękne. Wprawdzie w pierwszej izbie panował zaduch i smród, bo pod ławami za drabinkami mieściły się zimą kury, zaś pod wielkim ruskim piecem króliki, a pośrodku na klepisku brykały małe jagnięta. W drugiej zaś izbie mieściło się łóżko i ogromny warsztat tkacki, na którym Paraska tkała istne cuda, cudeńka; zwykłe płótno lniane, sukno, to pół-sukno, ręczniki w przeróżne wzory, obrusy, kapy na łóżko, bajecznie wzorzyste i kolorowe z farbowanej wełny, lnu i bawełny. Wzory, które zdobiły jej wytwory, były proste, ale pięknie i umiejętnie wkomponowane w tło, a robota wykonana starannie. Niemal każdą wolną chwilę od zajęć domowych poświęcała ta kobieta z pasją -tkactwu. Toteż wiele wyrobów z jej warsztatu miałam u siebie i cieszyłam się nimi ogromnie. Obok ich domu wiła się ścieżka, którą biegłam co dzień do szkoły, stąd też często kroki swoje kierowałam do tych dwojga oddanych i przychylnych mi ludzi, szczerych, bezpośrednich i mimo biedy ambitnych.

Dnia 30 kwietnia 1939 r. w godzinach południowych jadąc do domu wstąpiłam do Awrejcewiczów. Chciałam prosić Mikołaja o pomoc przy sadzeniu ziemniaków. Dzień był słoneczny, upalny i bezwietrzny. Wiosna wcześnie rozpoczynała swoje panowanie,

16

t

bo jeszcze nie okryły się listowiem brzozy, a już ptactwo przelotne powróciło i zaludniło lasy, gaje napełniając je śpiewem, gwarem, szczebiotem, słowem, orkiestrą najpiękniejszej muzyki. Nawet głos kukułki rozlegał się echem o tej wczesnej porze, radując serce każdego, kto umie wczuć się, a zarazem zrozumieć ten ptasi chór. Już opuszczałam domek Mikołaja, a ten wyszedł tuż za mną na podwórko, gdy od strony zachodniej nieba rozległ się niby głuchy werbel - grzmot.

- Uoo! To źle! - rzekł półgębkiem Mikołaj.

- Dlaczego? - zapytałam zdziwiona.

- To ludzie będą grzmieć, kiedy burza i grzmot przyszedł na suchy las - odpowiedział Awrejcewicz.

- Grzmot na suchy las to niedobry znak, pani. Odjechałam szybko w stronę domu, by przed burzą zdążyć

zasadzić ziemniaki, pragnęłam bowiem posuwać naprzód wiosenne roboty w polu, a latem czekała mnie praca około wykańczania domu, zbudowanego w ubiegłym roku, przygotowanie terenu pod założenie sadu, uporządkowanie terenu po budowie wokół domu mieszkalnego i wiele innych gospodarskich robót, koniecznych i nieodzownych. Tym więcej rzucałam się w wir pracy, by nie myśleć o rzeczywistości wiszącej w powietrzu. Postanowiłam sobie pracować, pracować do upadku sił, a po pracy zapadać w głęboki sen i nie czuć, nie myśleć, co przynosiły groźne wieści i komunikaty radiowe na falach eteru.

Ziemniaki posadziliśmy z wielką burzą, piorunami, zmoczeni do nitki. Wetknęliśmy prawie na upartego - jak to się mówi -do ziemi. A potem lało z przerwami przeszło tydzień - zamoczyło świeżo włożone w glebę sadzeniaki i siedziały w niej długo, za-klepane nie mogąc wybić się na powierzchnię. To było moje pierwsze doświadczenie gospodarskie i pozostało mi na całe życie -żadnej roboty z ziemniakami na mokro, poza gotowaniem w garnku. Po podwieczorku Mikołaj, przeczekawszy aż burza nieco się i, opowiadał nowinki o mobilizacji we wsi, o nastrojach

i^fScfzie^j^żnych plotkach wiejskich w tej sytuacji, jaka obecnie

"" FILIA  ^ 13

17

'Krakom

w Polsce istniała. To co słyszałam mocno mnie podekscytowało. Odtąd starałam się całą siłą woli tłumić w sobie lęk, który - jak dobrze wiedziałam - paraliżuje siły ludzkie, niweczy zapał do pracy, osłabia energię. Ten strach przecież można było w dzień odegnać wytężoną pracą, jakimkolwiek absorbującym zajęciem, nie dającym upartym myślom zbaczać w tym jednym kierunku. Ale noc? Noc, gdy sen mimo zmęczenia nie kleił ciężkich powiek, bezkarna samowola myśli i wyobraźni brała górę nad wszystkim, przedstawiając upiorne obrazy tuż za progiem domu, za oknem, czy drzwiami. A prognostyk Mikołaja niby cień wierny towarzyszył mi odtąd nieodłącznie, uparcie, zawsze i wszędzie. Burza na dobre ucichła gdzieś w połowie nocy, a nazajutrz, pierwszego maja, przyjechał mój mąż na trzydniowy urlop, pełen optymizmu i najlepszych myśli na przyszłość, wiary w zwycięstwo, a nawet rozwiązanie się tego wszystkiego i pomyślne załatwienie z Niemcami toczących się rokowań. A temat ewentualnej wojny nie schodził nam wszystkim z ust, jakby w nim zamykał się cały sens życia, bo przecież chodziło o nasz byt osobisty i narodowy. Mąż długo opowiadał wieczorem o bojowym nastroju w swoim pułku, o niecierpliwieniu się żołnierzy przymusem oczekiwania na starcie z wrogiem:

- Byle nas tylko puścili, byle padł rozkaz, a w puch rozniesiemy Niemiaszków na szablach - mówił mąż z uniesieniem.

- Nie trzeba nigdy synu przeceniać swoich sił przed bitwą, nie doceniając przeciwnika, mitygował go ojciec, znawca spraw życiowych, jako że przeżył już zmienne koleje I wojny światowej, wprawdzie nie w ogniu walk frontowych, lecz jako tłumacz komunikatów wojennych.

- Prawda że stanie z bronią u nogi osłabia ducha żołnierskiego - ciągnął dalej ojciec, wcale nie entuzjazmując się bojowością pułku kawalerzystów, których zwykł był nazywać żartobliwie „koniarzami", lub „kobylarzami".

Takie i inne tematycznie rozmowy uspokoiły nas i stworzyły w domu atmosferę chwilowego odprężenia, dodając bodźca do

18

 

pracy. Wszakże honor i zapał bojowy polskiego żołnierza mógł być dla nas dostateczną tarczą bezpieczeństwa i puklerzem obronnym, bo przecież niezbicie potwierdzały to fakty historyczne pełne chwały jak: Płowce, Grunwald, Wiedeń i inne.

Po trzech dniach pobytu nasz ułan opuścił dom i kierat życia codziennego potoczył się dalej, bo każdy z domowników starał się wedle sił spełniać swój obowiązek. A wiosna była już w pełni, słoneczna, ciepła, gwarna od muzyki ptasiej i owadziej, pełna też czaru kwiatów i bujnej soczystej zieleni. Każdy dzień zda się był piękniejszy dla oka, bogatszy w przecudowne ranki i wieczory, a zboża na polach rosły jakby w największym pośpiechu. Niedługo też nadszedł od męża list, w którym opisywał swoją podróż do pułku. Listy przychodziły zresztą dość często, zawsze nie pozbawione humoru i dowcipu, troskliwe o całą rodzinę, zwłaszcza o dzieci, gospodarstwo i sprawy materialne związane z wykańczaniem domu.

Wiosna w 1939 r. nastąpiła - jak już wspomniałam - wcześnie, niespodziewanie, bez forpoczty w postaci szarug tak znamiennych dla tej i jesiennej pory roku, i miała się ku końcowi. Ptactwo przelotne też o wiele za wcześnie ściągnęło z wyraju, jakby „ścigane niepojętą, instynktowną mocą". Jeszcze zagajniki i laski brzozowe nie ustroiły się w opałową zieleń liści, a już rozbrzmiewał głos kukułki i cała ta beztroska ptasia rzeczpospolita, gwarna, ruchliwa, śpiewna i gospodarna, pracowała co żywiej przy budowie lub naprawie gniazd, jakby w przeczuciu jakiejś klęski czy kataklizmu. Wieczorami znów zachłystywała się i zanosiła śpiewem, kwileniem, kląskaniem, pogwizdywaniem i wyciąganiem treli, piskiem prawdziwego jarmarku republiki ptasiej. A wszystko to była radość z odpoczynku po pracowitym dniu. Słowiki, które tu w liściastych zagajnikach miały swoje komysze, całymi nieomal ciepłymi nocami czerwcowymi kląskały i wywodziły melodie o przebogatej skali dźwięków, rzekłbyś czasem, że to ktoś śpiewa, i płacze i śmieje się zarazem. Niejednokrotnie specjalnie wieczorem biegłam na łąkę o kilka stai od domu i z roz-

19

koszą podsłuchiwałam te preludia skrzydlatych śpiewaków. Te koncerty ptasie naprawdę uspokajały mnie nerwowo. Czasem gdzieś krzyknął derkacz, zaszeleścił nad głową lot spłoszonego ptaka i znów śpiew i gwizd na przemian.

Zbliżało się lato upalne i gorące, czas pomykał szybko, roślinność rosła bujnie, już zaczęły się sianokosy - pogoda przecudna wciąż sprzyjała. Niebawem przyjechali do nas Tadeuszowie Krajewscy, tj. siostra mego męża ze swoim małżonkiem. Toteż było nam jakoś raźniej i - rzekłbyś - bezpieczniej, w większej, rodzinnej gromadzie. Może poniekąd zapominało się o groźbie wojny, gdyby nie wyjąca od czasu do czasu nasza Śpiewka. Gdy tylko budziło mnie ze snu jej przeciągłe szczekanie i wycie, zawsze sen uciekał z powiek i jak spłoszony nie wracał do rana. Jakoś w końcu lipca przyjechał mąż na urlop dwudniowy i znów pojechał, a życie nasze powracało na zwykłe tory. Zbliżały się też żniwa. W czasie tego urlopu zrobiliśmy wspólny wypad do Wilej-ki, dla zakupu okucia do okien i drzwi domu, oraz szkła. Ja oprócz tego kupiłam srebrne sztućce, cały tuzin, i summa summarum -rachunek wyniósł ponad 300 zł. Sto z nadwyżką wpłaciliśmy zaraz gotówką, zaś na resztę (200 zł) podpisaliśmy weksel, płatny w dwóch ratach, tj. w miesiącach jesiennych (wrzesień i listopad). Może w połowie sierpnia otrzymałam pismo z 13 pułku z zawiadomieniem, że por. Stefan Kuczewski został zaciągnięty jako zawodowy i kancelaria pułkownika przesłała zawiadomienie z prośbą o wyrażenie na to zgody. Nie zgodziłam się i odesłałam pismo z motywacją swojej dezaprobaty. Zdawałam sobie sprawę, że z chwilą wcielenia męża w szeregi zawodowych oficerów na moje słabe barki spadnie gospodarka rolna, odnośnie której byłam laikiem, praca zawodowa, liczna rodzina (łącznie 7 osób) i ferma srebrnych lisów, prowadzona obecnie przez teścia. Jak do tej pory ciągnęłam to jarzmo dzień po dniu, a wieczorem waliłam się spać jak spracowany wół.

Wykańczanie domu powoli posuwało się naprzód. Majster stolarki budowlanej robił okna i drzwi do całego budynku u nas

na miejscu. Pragnęłam jeszcze latem kupić kafle chociaż na 2 piece, aby całkowicie wykończyć na razie pokój jadalny i sypialny.

Jak obrazy w kalejdoskopie szybko mijały dni skwarnego lata i już zbliżały się żniwa. Jakoż i wielki łan dorodnego żyta kołysał się jak wzburzone morze za każdym powiewem wiatru, a nagrzane powietrze daleko niosło słodkawy, chlebowy zapach i upajało, cieszyło oczy zadowoleniem dobrego urodzaju. Zresztą wszystko na polach zwiastowało nadzwyczajny urodzaj. Nawet gryka posiana na lichym, jałowym piaseczku, zakwitła tuż blisko domu, jakby lawina śniegu pokryła całe pole. Toteż cały czerwiec razem ze Stanisławem Bucką, naszym służącym, zwoziłam z pola kamienne głazy dla wykończenia stodoły-gumna, która stała dotąd bez podmurówki. Uzupełniał tę robotę Stanisław w wolnych chwilach. Nadeszły wreszcie i żniwa, a wszystko zboże żęło się w tym czasie sierpami. Żniwa więc zajęły dobre dwa tygodnie i stanęły wreszcie na polach sznury zestawionych w kopki snopów złotego ziarna. Wnet też zapełniła się stodoła snopami zboża, sianem, koniczyną, saradelą. Po 20 sierpnia powrócił mąż, jako zdemobilizowany, może być, że miało to związek z moją odmową. Popędzałam teraz cały dom do młocki. Teraz, bo w jesieni znów inne prace: wykopki, siew żyta, podorywki i cała gama rolniczych zajęć, a dzień krótki. W dwa dni wymłócono maszyną cały plon, a potem czyszczenie ziarna na ręcznej wialni, którą i ja musiałam kręcić.

Po młocce, zaraz 25 sierpnia, mąż zgłosił się do pracy na swoim poprzednim stanowisku. Nazajutrz jak zwykle pojechał do pracy w Urzędzie Gminy Krzywicze. Około 10-tej wrócił i wchodząc do mieszkania już od drzwi salutował mi po wojskowemu, wręczając telegram wzywający do natychmiastowego stawiennictwa się w pułku.

- Co to? - mój poruczniku? - zaśmiałam się żartując, nie nabierzesz mnie na kawał.

W tym momencie odwrócił twarz w stronę otwartego okna i w przelocie ujrzałam w jego oczach dziwny wyraz; patrzyły niby

21

w dal te oczy, ni to w pustkę, przez łzy. Przykro mi było, mój żart bowiem był nie w porę i nie na miejscu w takiej sytuacji. Ale przecież nie mogłam uwierzyć w tak nagły obrót sprawy. W dwie godziny później żegnał nas znowu. Tym razem zapakowałam do walizki wszystką bieliznę, aby miał dostateczny zapas na zmianę, zdając sobie sprawę, jak niełatwo będzie mu w wojennych opałach myśleć o praniu, czy zmianie bielizny. Jeszcze na odjezdnym w mojej obecności, zwrócił się do Stanisława Bucki tymi słowy: - Stanisławie, pamiętaj tu o gospodarstwie, rób co żona uważa za stosowne, a ja gdy wrócę odwdzięczę się za to. Jeśli znów nie powrócę, bądź pewien, że żona to wynagrodzi, pomna na

moje słowa.

Stanisław przyrzekł, a raczej przytaknął i na tym się skończyło.

Na czwarty dzień, czyli pierwszego września rankiem z niemałym lękiem spieszyłam do szkoły. Zdawało mi się: a może jej nie ma. Może ją ktoś spalił, bo przecież wojna to bezprawie, anarchia, zamęt. Ależ nic podobnego tu nie zaszło. Stała ta ponura rudera i rok szkolny rozpoczęłam normalnie. Po południu znowu pojechałam do Krzywicz, podjąć swoją pensję za miesiąc wrzesień. Spotkawszy p. Ejmonta, naszego rejonowego płatnika, wprost oniemiałam. On, spojrzawszy na mnie jakimś błędnym wzrokiem, grobowym głosem oznajmił:

- Koniec z naszymi poborami, może jeszcze pani jest w nieco lepszym położeniu od reszty koleżeństwa. Wojna! Któż wie, co jeszcze nas czeka...

Wróciłam do domu przerażona, zdezorientowana co dalej robić. Najgorszym gwoździem był dla mnie problem weksla na 100 zł płatnego we wrześniu. Natychmiast stanął na myśli drugi: skąd brać mięso dla srebrnych lisów, których hodowlę zapoczątkowaliśmy rok temu, z myślą o intratnym interesie? Ferma liczyła 27 sztuk. Dotąd dostarczał mięso, a raczej różne odpady, Żyd mający dostawy dla wojska stojącego na pograniczu w Budsła-wiu. Z chwilą wybuchu wojny zwinął natychmiast interes. A dalej inne problemy posypały się jak lawina z górskiego szczytu. Mimo

22

trudności jakie niosła ze sobą wojna, trzeba było brata męża zawieźć do powiatowego szpitala w Wilejce, na powtórną operację szczęki po wiosennym pierwszym zabiegu, wskutek ropnego zapalenia okostnej. Naglił również siew żyta na obszarze hektara i w pierwszym rzędzie przyoranie łubinu, a Stanisław ruszał się jak w smole, nie dbając że dzień za dniem ucieka, a przecież jeszcze parę tygodni orka musiała się odleżeć. Nadchodził też czas wykopków ziemniaków, które urodziły nadzwyczajnie, i znów nasuwała się dodatkowa robota wykopania kilku dołów na za-kopcowanie tego, co nie pomieszczą dwie piwnice. Zaraz też majster zażądał ode mnie 500 zł reszty należności za robotę stolarską, co niezwłocznie uregulowałam. Natychmiast wziął furmankę i ruszył do Budsławia. Przywiózł metr soli kuchennej i ulokował tymczasem u mnie, aby wraz z warsztatem, kiedy skończy robotę, zabrać do domu. Ja nawet o takiej sprawie bardzo ważnej nie pomyślałam. Nie orientowałam się w tym, jak dalece wojna paraliżuje życie gospodarcze. Nie zrobiłam zapasu cukru, mydła, zapałek, nafty, tych najniezbędniejszych artykułów codziennego użytku, dopiero przezorność prostego chłopa otworzyła mi szeroko oczy na te sprawy. Niestety! Było już za późno. Ze sklepów zniknął towar jak kamfora, wszędzie sklepy świeciły już pustką, nawet z innymi artykułami. Zdopingowana sprawą weksla jak i szpitala, ósmego września pojechałam z pacjentem do Wilejki. Doktor Maciejewska, dyrektor, a zarazem chirurg szpitala, po zbadaniu szczęki orzekła, aby już w tym tygodniu zgłosił się na zabieg, gdyż ona zamierza opuścić szpital i udać się do Wilna. Pozostała mi sprawa weksla. Kiedy weszłam do tego niegdyś olbrzymiego sklepu, przeładowanego nieomal towarem żelaznym, nie zastałam tu wprawdzie pustki, ale niemniej stwierdziłam kolosalny ubytek. W odpowiedzi na moje pytanie, jak się ma sprawa mojej płatności weksla - bo w tym miesiącu nie widzę możliwości zapłacenia tej kwoty, usłyszałam taką oto odpowiedź:

- Weksel leży w szufladzie i pójdzie do pieca. Pieniądze ani mnie, ani pani, ani nikomu więcej nie są potrzebne. Proszę spo-

23

kojnie wracać do domu. Odpowiedź taka jeszcze więcej mnie podekscytowała. Uczułam jakby grunt usuwał mi się pod nogami. Wyczułam namacalnie, że za pieniądze nic już - chociażbym je miała - nic już nie kupię i nie będę mogła kupić. Nagłe stały się ze środka płatniczego - niczym.

Wracając do domu zboczyliśmy do Kasuty, miejscowości leżącej o 5 km drogi od Wilejki. Tam mieszkał nasz dobry znajomy i przyjaciel męża p. Aleksandrowicz, spec od hodowli zwierząt futerkowych. Dawno już miałam zamiar obejrzeć ich wzorową hodowlę srebrnych lisów, szopów i szynszyli, a zarazem zasięgnąć jego rady, co zrobić z moim inwentarzem, gdy nie ma mięsa. Państwo Aleksandrowicze przyjęli nas bardzo serdecznie i po sutym obiedzie gospodarz pokazał mi całą fermę, inwentarz utrzymany wzorowo, z pedanterią. Tu naocznie widziałam gospodarski zmysł i pracowitą rękę. Każda sztuka miała na klatce rodowód, daty przeprowadzonej licencji, wszystko tu było prowadzone skrupulatnie z ołówkiem w ręku, zamiłowaniem, z systematycznością. Wszędzie widna była nadzwyczajna gospodarność. Między klatkami lisów pląsały oswojone szopy, idące do rąk gospodarzowi. Z mięsem dla 300 sztuk lisów, które w tej chwili posiadał, radził sobie kupując stare konie, szkapy, prawie za bezcen, zabijał sam. Spieniężona skóra przynosiła pewien zysk, amortyzując koszty mięsa. W ten sposób mięso kosztowało niewiele, a jarzyny miał ze swojego gospodarstwa. Po lustracji fermy wzięła mnie w swoje ręce pracowita niby mrówka Aleksandrowiczowa. Pokazała najpierw swoją spiżarnię. Tu na ścianach i pod sufitem na drążkach zwisały zwoje różnego rodzaju: kiełbasy, szynki, polędwice, balerony i wspaniale u wędzone płaty boczku, a w słojach pasztety, galarety. Taka spiżarnia to chluba dobrej, praktycznej i zaradnej gospodyni. Wszystkie te wędliny sporządzone po litewsku - na surowo. Mimo woli pomyślałam: tym ludziom głód chyba nie zaglądnie do żołądka przy ich zaradności, oszczędności i pracowitości. Wieczorem, po spożytej kolacji, długo rozmawialiśmy i roztrząsali różne kwestie gospodarcze w związku z woj-

24

ną, bo gospodarze zatrzymali nas na noc. Potem słuchaliśmy wszyscy radia z bolesnym skurczem serc, były to przecież komunikaty z frontu, o straszliwym bombardowaniu miast i wsi, nawet ludności cywilnej, o cofaniu się naszych wojsk pod Warszawę. Było to przerażające i mrożące krew w żyłach. Późno poszliśmy na spoczynek, a Aleksandrowicz pozostał jeszcze, by przed snem sprawdzić swój dobytek.

Zasnęłam zmęczona jazdą rowerem (36 km drogą piaszczystą i wyboistą) i przeżyciami dnia. Nie zdawałam sobie sprawy jak długo mogłam spać, gdy nagłe w mdłym oświetleniu pokoju, rozległ się jak huk pioruna głos Aleksandrowicza:

- Rany Boskie! Niemcy w Warszawie!

Rzeczywiście z głośnika płynął twardy, niemiecki szwargot, wzywający Polaków do kapitulacji, do złożenia broni. To Niemcy zajęli radiostację Raszyn i za jej pośrednictwem grzmieli na całą Polskę, siejąc przestrach i panikę, stosując taktykę psychologiczną obok militarnej. Jakoż wszyscy powstaliśmy, sen uleciał od nas zupełnie. Nikt z nas nie wiedział, że z 6 na 7 września Dowództwo Obrony Warszawy poleciło zniszczyć urządzenia stacji nadawczej Raszyn.

Ja mimo nocy chciałam jechać do domu, aby coś robić, aby tylko nie myśleć o strasznej klęsce. Gwiazdy świeciły gęsto na bezchmurnym niebie i noc była ciepła, można było jechać, ale siłą zatrzymali nas Aleksandrowicze. Dopiero około 10-tej pożegnałam gościnnych gospodarzy. Byli to Poznaniacy, bezdzietne małżeństwo. Tu w Kasucie dzierżawili 3 ha ziemi i prowadzili fermę, która już szczyciła się paroma medalami na wystawach zagranicznych. Gdzie tam mnie do takiego gospodarowania przy obowiązkach zawodowych.

W godzinach południowych byłam na miejscu. Przy obiedzie podzieliłam się wiadomościami z rodziną i spróbowałam kupić 10 kg soli u naszego majstra, bo mocno zaczęłam teraz myśleć o potrzebach domowych. Majster zażądał handlu wymiennego, ile soli tyle żyta. Aż krew uciekła mi do serca na taką zamianę.

25

Przecież dopiero parę dni temu 1 kg soli kosztował 5 gr, a 1 kg żyta 12 gr. Jaki łatwy zarobek - pomyślałam w duchu - ale nie targując się, spokojnie odmierzyłam łubiankę żyta, a on ostrożnie, by nie uronić ździebełka drogocennej soli, wsypał do tejże łubianki cenny miał i ręką zgładził po wierzchu, aby nie była kopia-sta. To była moja druga lekcja życia w czasie wojennym. Kiedy zawiązał worek i oddalił się do swojej roboty, opanowała mnie taka złość, że nie zdając sobie sprawy z tego co robię, rozwiązałam worek i nabrałam miskę soli, sama sobie wymierzając sprawiedliwość, niezbyt po ludzku. W ten sposób zaopatrzyłam się w sól, produkt nieodzowny w domu, a następnie, wciąż zdenerwowana, jakby Niemcy byli tuż za progiem, pomyślałam o częściowym zlikwidowaniu gospodarstwa, zwłaszcza inwentarza żywego. Pierwsza pod nóż poszła krowa, bo nie było czym karmić lisów, następnie ubiłam świnię, a drugą dałam Jakubowiczowi do Krzywicz, aby na wypadek zarekwirowania nam żyta - a miałam go sporo - mieć zapewniony chleb dla rodziny. Jakubowicz, dobry nasz znajomy, miał własną piekarnię. Pozostało jeszcze 6 sztuk dużych i 6 małych prosiątek. Cztery sztuki małych rozdałam gospodarzom sąsiadom, z którymi dobrze żyłam, dwoje tylko zostawiłam zmuszona brakiem mąki. Po takim harakiri skurczyła się ilość inwentarza, ale wszystko mi zobojętniało, tylko strach przed nadejściem Niemców brał górę nad wszystkim. Nie miałam chwilki czasu, aby wpaść do Pokucia choć na krótką wymianę zdań, czy to z p. Kamińska, czy z p. Ruteckim, dzierżawcą majątku Pokucie. Aż pewnego dnia spotkałam matkę Ruteckiego. Staruszka żaliła się, bo syn wyjechał do Wilna ze wspólnikiem Kozieł-Poklewskim z odstawieniem większej ilości sera litewskiego, gdyż wspólnie prowadzili własną serowarnię. Jeszcze latem widziałam w piwnicach majątku Pokucie na półkach, setki dojrzewających główek wyprodukowanego sera. W czasie żniw nie czas było jechać do Wilna z towarem. Teraz znów za późno, kiedy wojna rozgorzała. Wprawdzie działania wojenne znaliśmy tylko z komunikatów radiowych i z gazet dorywczo czytanych, ale często w cią-

26

gu dnia lub w nocy słychać było warkot ciężkiego samolotu. Dzieci moje, słysząc lecący samolot podczas zabawy na podwórku szybko kładły się na ziemię, w obawie że zrzuci bombę. Zaś teść brał zwykle lornetkę i obserwował pilnie, szukając znaków rozpoznawczych. Ale nasza Śpiewka, słysząc lecący samolot, psim instynktem wiedziona, spuszczała łeb ku ziemi i wyjąc, z podwiniętym ogonem, chowała się w swoje legowisko.

W parę dni po wybuchu wojny, kiedy prowadziłam w szkole lekcje, ktoś zapukał do drzwi klasy. Gdy otworzyłam, w drzwiach stał mieszkaniec tej wsi Buhłak, który tylko co wrócił z więzienia, gdzie odsiadywał karę za obrazę rządu. Zwrócił się do mnie z zapytaniem, dlaczego ja uczę, kiedy w całej Polsce szkoły zamieniono na szpitale.

- Nie mam tu rannych, więc uczę - odpowiedziałam pół żartem.

Odszedł lustrując wnętrze klasy badawczym spojrzeniem. Zrozumiałam jego wizytę dopiero za kilka dni. 17 września, a była to niedziela, wciąż słychać było warkot samolotów około południa, aż nastąpiło kilka silnych detonacji wybuchów bomb. Chwyciłam lornetkę i jednym skokiem znalazłam się na strychu, obserwując świdrujące niebo bombowce. Niemcy bombardowali stację węzłową Mołodeczno, położone kilkanaście km od Wilejki w stronę Wilna. Omal szyby nie wyleciały u nas z okien od strasznego wstrząsu, który, zdało się - zakołysał całym domem. Może pół godziny potem, Staszek brat męża, wrócił z Krzywicz z kościoła z przerażającą wieścią, że dziś rano wojska sowieckie weszły na nasze terytorium i za parę godzin będą tu u nas. Ludzie przerażeni w popłochu opuścili kościół spiesząc do swoich domostw w panice i strachu. I mnie ogarnęło przerażenie, słysząc to wszystko. A co z naszym żytem, które po wymłóceniu daliśmy na przechowanie do Pokucia? Co prędzej posłałam zapytać p. Kamińska, czy dziś jeszcze można żyto z jej spichlerza przewieźć do domu. Tymczasem w majątku p. Kamińskiej już nie było. Obie panie, matka i córka Helena, usłyszawszy wiadomość, spakowały walizki i wyje-

27

chały do Wilna, oddając klucze od wszystkiego pokojówce i pozostawiając na jej opiece chorą umysłowo, drugą córkę Stellę. Służba majątkowa odebrała siłą klucze od pokojówki i przeciwstawiła się przewożeniu żyta. Dopiero staruszka p. Rutecka wyprosiła u nich zezwolenie i jakoś na jej perswazję ustąpili. W ten sposób do wieczora, przewiozłam żyto do domu i zsypałam w pustym, wykończonym już pokoju bez pieca. Była tego ziarna ogromna pryzma, aż pod sufit. Po tym wszystkim całą noc nie zmrużyłam oka.

Nazajutrz traktem przez Pokucie w stronę wsi Osowo i Knia-hinin posuwały się wojska Czerwonej Armii, witane triumfalnymi bramami, przyjmowane przez delegacje chlebem i solą, a przez kobiety kwiatami. Przy każdej bramie po powitaniu odbywał się wiec, na którym prelegent szermował hasłami, że Armia Czerwona idzie wyzwolić ludzi biednych z ucisku panów i pamieszczy-ków2. Zebrani na te słowa krzyczeli nieustannie gromkie hurra, hurra, hurra!... Podrzucali czapki w górę, klaskali w dłonie i rzucali się w ramiona żołnierzom.

W Krzywiczach - miasteczku metropolii gminy - policja polska wczesnym rankiem 17 września opuściła posterunek i zaraz tegoż dnia z mieszkańców Krzywicz utworzyła się tzw. milicja cywilna. Inni, co odważniejsi, wyłamali zamki w Urzędzie Gminy i objęli władzę. Wśród nich rej wodził miejscowy kowal Raczkowski - chłop olbrzym i siłacz - czując w sobie herkulesową krzepę koniecznie chciał objąć komendę nad posterunkiem. Stąd parę dni i nocy budynek ten stał się fortecą, zdobywany w dzień przez jednych, a w nocy przez drugich, którzy wybijali szyby, smarowali drzwi i klamki mazią kloaczną, aby tylko obrzydzić, zrazić przeciwników i odstraszyć.

Żydzi sklepy zamknęli i towary poukrywali, zostawiając tylko dla oka resztki, których i tak nikt nie mógł kupić z powodu zamkniętych drzwi i zamkniętych okiennic.

18 września zaraz rano zadysponowałam Bućce: dziś obo-

2 Pomieszczik (ros.) - obszarnik, dziedzic.

4

28

wiązkowo musimy zasiać żyto, dość już tej zwłoki, już tydzień temu powinno żyto być w ziemi i wschodzić na polu. Byłam w tej chwili zła jak kąśliwa osa. A Bucko otworzył usta pełne chleba z jajecznicą i chcąc odparować moją decyzję ozwał się z delikatnym uśmieszkiem:

- Pani i tak dziś nie pójdzie do szkoły, to może skiby razo-wać (włóczyć, równać), a ja żyto zasieję.

Zdenerwowana jego pikantnym uśmieszkiem, odwróciłam się w tej chwili i kazałam konie zaprzęgać, zdając sobie sprawę, że dzień coraz krótszy, a dobry szmat ziemi trzeba powłóczyć, obsiać i znów pobronować zasiane ziarno. Nie znał Bucko moich zamiarów, bo znając je stawiałby się nie takim okoniem. Włożyłam na nogi szmaciane łapcie i ruszyłam z bronami. Nie była to łatwa praca dla mnie, bo przecież nigdy takiej nie wykonywałam, parając się książką, piórem, a w braku tych - próżniactwem. Nogi grzęzły mi w lekkiej, piaszczystej ziemi, głęboko spulchnionej bujnie wyrośniętym łubinem, który może już z tydzień czasu jak został przyorany. Konie w parze raźno kroczyły naprzód szerokim krokiem, ja znów nie mogłam im nadążyć idąc za bronami. No cóż, w pocie czoła trzeba chleb zdobywać. Do południa mocno bolały mnie nogi, ale uparcie popędzałam konie z myślą, że ziarna rzuconego w ziemię, nikt mi już nie odbierze, żaden wróg, a pryzma w pokoju zmniejszy się, znów na przyszły rok możemy mieć zapewniony chleb. Stanisław tymczasem, wolnym, powłóczystym krokiem idąc, siał ziarno złote, od czasu do czasu zerkając na mnie, czy aby taka robota mi się nie znudziła. Nie wiedział Bucko, co to jest upór, a do tego kobiecy. A upór to przecież nie lada błahostka. Po obiedzie zaczęłam bronować obsiane zagony, a siewca odebrał ode mnie konie i dalej przykrywał ziemią zasiane ziarno. Ja usiadłam na skraju, obserwując jego robotę. Byłam dobrze zmęczona, mało powiedzieć zmęczona, bo naprawdę zmordowana. Ale ogromne pole, może ponad hektar, do wieczora będzie uporządkowane. Gdzieś przed zachodem słońca przyszedł do mnie Awrejcewicz i prosto swoje kroki skierował na

29

chały do Wiłna, oddając klucze od wszystkiego pokojówce i pozostawiając na jej opiece chorą umysłowo, drugą córkę Stellę. Służba majątkowa odebrała siłą klucze od pokojówki i przeciwstawiła się przewożeniu żyta. Dopiero staruszka p. Rutecka wyprosiła u nich zezwolenie i jakoś na jej perswazję ustąpili. W ten sposób do wieczora, przewiozłam żyto do domu i zsypałam w pustym, wykończonym już pokoju bez pieca. Była tego ziarna ogromna pryzma, aż pod sufit. Po tym wszystkim całą noc nie zmrużyłam oka.

Nazajutrz traktem przez Pokucie w stronę wsi Osowo i Knia-hinin posuwały się wojska Czerwonej Armii, witane triumfalnymi bramami, przyjmowane przez delegacje chlebem i solą, a przez kobiety kwiatami. Przy każdej bramie po powitaniu odbywał się wiec, na którym prelegent szermował hasłami, że Armia Czerwona idzie wyzwolić ludzi biednych z ucisku panów i pamieszczy-ków2. Zebrani na te słowa krzyczeli nieustannie gromkie hurra, hurra, hurra!... Podrzucali czapki w górę, klaskali w dłonie i rzucali się w ramiona żołnierzom.

W Krzywiczach - miasteczku metropolii gminy - policja polska wczesnym rankiem 17 września opuściła posterunek i zaraz tegoż dnia z mieszkańców Krzywicz utworzyła się tzw. milicja cywilna. Inni, co odważniejsi, wyłamali zamki w Urzędzie Gminy i objęli władzę. Wśród nich rej wodził miejscowy kowal Raczkowski - chłop olbrzym i siłacz - czując w sobie herkulesową krzepę koniecznie chciał objąć komendę nad posterunkiem. Stąd parę dni i nocy budynek ten stał się fortecą, zdobywany w dzień przez jednych, a w nocy przez drugich, którzy wybijali szyby, smarowali drzwi i klamki mazią kloaczną, aby tylko obrzydzić, zrazić przeciwników i odstraszyć.

Żydzi sklepy zamknęli i towary poukrywali, zostawiając tylko dla oka resztki, których i tak nikt nie mógł kupić z powodu zamkniętych drzwi i zamkniętych okiennic.

18 września zaraz rano zadysponowałam Bućce: dziś obo-

2 Pomieszczik (ros.) - obszarnik, dziedzic.

28

wiązkowo musimy zasiać żyto, dość już tej zwłoki, już tydzień temu powinno żyto być w ziemi i wschodzić na polu. Byłam w tej chwili zła jak kąśliwa osa. A Bucko otworzył usta pełne chleba z jajecznicą i chcąc odparować moją decyzję ozwał się z delikatnym uśmieszkiem:

- Pani i tak dziś nie pójdzie do szkoły, to może skiby razo-wać (włóczyć, równać), a ja żyto zasieję.

Zdenerwowana jego pikantnym uśmieszkiem, odwróciłam się w tej chwili i kazałam konie zaprzęgać, zdając sobie sprawę, że dzień coraz krótszy, a dobry szmat ziemi trzeba powłóczyć, obsiać i znów pobronować zasiane ziarno. Nie znał Bucko moich zamiarów, bo znając je stawiałby się nie takim okoniem. Włożyłam na nogi szmaciane łapcie i ruszyłam z bronami. Nie była to łatwa praca dla mnie, bo przecież nigdy takiej nie wykonywałam, parając się książką, piórem, a w braku tych - próżniactwem. Nogi grzęzły mi w lekkiej, piaszczystej ziemi, głęboko spulchnionej bujnie wyrośniętym łubinem, który może już z tydzień czasu jak został przyorany. Konie w parze raźno kroczyły naprzód szerokim krokiem, ja znów nie mogłam im nadążyć idąc za bronami. No cóż, w pocie czoła trzeba chleb zdobywać. Do południa mocno bolały mnie nogi, ale uparcie popędzałam konie z myślą, że ziarna rzuconego w ziemię, nikt mi już nie odbierze, żaden wróg, a pryzma w pokoju zmniejszy się, znów na przyszły rok możemy mieć zapewniony chleb. Stanisław tymczasem, wolnym, powłóczystym krokiem idąc, siał ziarno złote, od czasu do czasu zerkając na mnie, czy aby taka robota mi się nie znudziła. Nie wiedział Bucko, co to jest upór, a do tego kobiecy. A upór to przecież nie lada błahostka. Po obiedzie zaczęłam bronować obsiane zagony, a siewca odebrał ode mnie konie i dalej przykrywał ziemią zasiane ziarno. Ja usiadłam na skraju, obserwując jego robotę. Byłam dobrze zmęczona, mało powiedzieć zmęczona, bo naprawdę zmordowana. Ale ogromne pole, może ponad hektar, do wieczora będzie uporządkowane. Gdzieś przed zachodem słońca przyszedł do mnie Awrejcewicz i prosto swoje kroki skierował na

29

pole. Odwołał mnie na miedzę i krótko powiedział z czym przyszedł. Przy okazji przyniósł litr nafty, której podobnie jak soli, nigdzie nie można było kupić. Po wtóre cichaczem szepnął mi na ucho, że tej albo następnej nocy mieszkańcy Wytresek - czyli po prostu mówiąc mojej wioski - mają przyjść do mnie po rowery, ponieważ posiadam trzy. Co prawda posiadałam tylko dwa, jeden męża, drugi mój, a ten trzeci zużyty stary gruchot, wciąż wymagający remontu i części zamiennych. Ta wiadomość poraziła mnie, a Mikołaj chudzina, spojrzawszy na moją twarz oczyma pełnymi troski, począł prosić i uspokajać, abym się nie irytowała i oddała spokojnie - niech biorą. Im też niedługo odbiorą inni -powiedział, aby mnie uspokoić. Ale tu chodziło nie tylko o rowery, miałam swój zaledwie dwa lata. Szło mi głównie o to, że przy tej sprawie rowerów splądrują i skontrolują cały dom, a później co kilka nocy będę miała takie wizyty, po to lub owo, dopóki nas nie ogołocą doszczętnie. Mikołaj zawrócił do domu, ale nie drogą, lecz lasem i zaroślami, przezornie, aby się z nikim nie spotkać. Ja zaś wróciłam do kuchni i długo myślałam, kto też będzie tym śmiałkiem i czyje ręce wyciągną się po te rowery? Nie zmrużyłam oka przez całą noc, po całodziennym trudzie, słuchałam poszczekiwania Śpiewki, a chwilami przeciągłego wycia, podnosiłam się z łóżka i przez jedno lub drugie okno z lękiem wypatrywałam ludzkich cieni. Nikt się nie zjawił do rana. Czy zabrakło im odwagi? Czy się rozmyślili? Nie wiem, bo nie przyszli ...

[ Pobierz całość w formacie PDF ]
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • psp5.opx.pl