Kuttner Henry - Twonk-opowiadania, Kuttner Henry
[ Pobierz całość w formacie PDF ]
Tytuły oryginałów angielskich
The Best of Henry Kuttner
Bypass to Otherness i inne
Okładkę i kartę tytułową projektował Witold Popiel
© Copyright for the Polish edition by Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik”,
Warszawa 1988
„Czytelnik”. Warszawa 1988. Wydanie I.
Nakład 50 320 egz. Ark. wyd. 12,4; druk. 12,3 A,. Papier offset, kl. III.
80 g, 70 cm. Oddano do składania 30IV1987 r.
Podpisano do druku 18 VII 1988 r. Druk ukończono w listopadzie 1988 r.
Olsztyńskie Zakłady Graficzne
im. Seweryna Pieniężnego
Zam. wyd. 224; druk. 683/R. K-24/143.
Printed in Poland
ISBN 83-07-01624-X
NOCNE STARCIE
WSTĘP
Na dnie, pół mili pod powierzchnią płytkiego Morza Wenusjańskiego, spoczywa pomarszczona, czarna kopuła z impervium, która osłania Twierdzę Montana. Wewnątrz trwa karnawał. Montańczycy świętują czterechsetną rocznicę lądowania Ziemian na Wenus. Pod ową wielką kopułą chroniącą miasto wszystko jest świetliste, kolorowe i wesołe. Mężczyźni i kobiety w maskach, w błyszczących celo-flexach i jedwabiach, wędrują szerokimi ulicami śmiejąc się i popijając mocne wino wenusjańskie. Dno morza, podobnie jak zbiorniki hydroponiczne, zostało oczyszczone z rzadkich specjałów dla uświetnienia stołów szlachetnie urodzonych.
Poprzez karnawał przemykają ponure cienie - to mężczyźni, których twarze nieomylnie świadczą, iż należą oni do Wolnych Oddziałów. Strojny ubiór nie jest w stanie ukryć tego piętna krwawo zdobytego w latach walki. Pod maskami domino mają zacięte i surowe usta. W przeciwieństwie do mieszkańców podwodnych kopuł ich skóra jest ogorzała od promieni ultrafioletowych przenikających przez pokrywę chmur nad Wenus. Są niemiłym akcentem karnawału. Szanowani, lecz traktowani z niechęcią. Są Wolnymi Żołnierzami...
Znajdujemy się na Wenus dziewięć wieków temu, pod powierzchnią Morza Płycizn, nieco na północ od równika. A przecież to wielka odległość w czasie i przestrzeni. Cała planeta chmur usiana jest podwodnymi Twierdzami, życie nie zmieni się przez wiele stuleci. Patrząc wstecz, tak jak my teraz, z perspektywy cywilizowanych lat trzydziestego czwartego wieku, łatwo można dostrzec, iż
mieszkańcy Twierdz byli dzikusami, głupimi, brutalnymi i zaślepionymi. Już dawno zniknęły Wolne Oddziały. Ujarzmiono wyspy i kontynenty Wenus, nie ma wojen.
Natomiast w okresach przemian i zawziętej rywalizacji zawsze trwa jakaś wojna. Twierdze walczyły między sobą, każda dokładała wszelkich starań, by wybić jadowite kły drugiej, pozbawiając ją zapasów korium - źródła siły owych dni. Studenci zajmujący się ową epoką znajdują wiele przyjemności w odsiewaniu legend i wyławianiu podstawowych społecznych i geopolitycznych prawd. Doskonale wiadomo, że tylko jeden czynnik uchronił Twierdze od wzajemnego unicestwienia. Było to dżentelmeńskie porozumienie, iż wojna jest sprawą żołnierzy. Pozwoliło to podwodnym miastom rozwijać naukę i kulturę. Ten osobliwy kompromis był prawdopodobnie nieunikniony. Spowodował on utworzenie Wolnych Oddziałów, wędrownych grup wysoko wyszkolonych w swoim fachu najemników, którzy wynajmowali się, by walczyć, gdy którakolwiek z Twierdz została zaatakowana lub chciała zaatakować inną.
Ap Towrn, w swoim wiekomopomnym Cyklu Wenus, poprzez symboliczne legendy przekazuje tę sagę. Wielu historyków utrwaliło czystą prawdę, która na nieszczęście często wydaje się być zbyt okrutna. Jednakże zwykle nie zdajemy sobie sprawy, iż nasz - obecny wysoki poziom kultury zawdzięczamy prawie wyłącznie Wolnym Żołnierzom. Dzięki nim właśnie wojna nie miała prawa zająć miejsca pokojowej społecznej i naukowej pracy. Walka była wysoko wyspecjalizowana, a z powodu zaawansowanej techniki siła ludzka nie
miała już większego znaczenia. Oddziały Wolnych Żołnierzy liczyły po kilka tysięcy ludzi, rzadko więcej.
Odcięci od normalnej egzystencji w Twierdzach, musieli wieść dziwne, samotne życie. Byli z góry skazani na zagładę, jednak niezbędni, jak przedpotopowe zwierzęta, z których w końcu wykształcił się homo sapiens. Lecz bez owych żołnierzy Twierdze pogrążyłyby się w totalnej wojnie, z fatalnymi dla siebie skutkami.
Wolni Żołnierze - szorstcy, rycerscy, nieposkromieni, służący bogowi wojny tak, aż w końcu go unicestwili, działający na własną zgubę - przedzierali się poprzez karty historii, a ponad nimi w mglistym powietrzu Wenus płynął sztandar Marsa. Byli przeznaczeni na zatracenie jak Tyranosaurus rex i walczyli tak jak on, służąc w swój osobliwy sposób wyobrażeniu Minerwy stojącej za Marsem.
A teraz już odeszli. Warto jednak przyjrzeć się ich miejscu, które zajmowali w Erze Podmorskiej. Dzięki nim cywilizacja osiągnęła i znacznie przekroczyła poziom, jaki niegdyś miała na ziemi.
Wolni Żołnierze zajmują ważną pozycję w literaturze międzyplanetarnej. Teraz już przeszli do legendy, osobliwej i zamierzchłej. Byli bowiem wojownikami, a wojna zniknęła wraz ze zjednoczeniem. Lecz my jesteśmy w stanie zrozumieć ich lepiej niż ludzie z Twierdz.
Ta historia oparta na legendach i faktach opowiada o typowym żołnierzu swoich czasów - kapitalnie Brianie Scotcie z Wolnego Oddziału Doone. Mógł on jednak nigdy nie istnieć...
I
Scott wypił palący uisqueplus i rozejrzał się po zadymionej tawernie. Był silnym, barczystym mężczyzną o brązowych włosach lekko przyprószonych siwizną i o podbródku nieco zniekształconym blizną po starej ranie. Miał ponad trzydzieści lat, wyglądał jak weteran, którym w istocie był, i wykazywał dość rozsądku, by nosić skromne ubranie z celoflexu, a nie krzykliwe jedwabie i tęczowe tkaniny, które widziało się wokół.
Na zewnątrz, za przezroczystymi ścianami, rozbawiona ciżba przemieszczała się w tę i z powrotem wzdłuż ruchomych Szlaków. Ale w tawernie panowała cisza, słychać było tylko zniżony głos harfiarza śpiewającego starą balladę i akompaniującego sobie na skomplikowanym instrumencie. Pieśń dobiegła końca. Nastąpiły słabe brawka, po czym z zawieszonych wysoko głośników wybuchnęła ogłuszająca melodia grana przez orkiestrę. Natychmiast zmienił się nastrój. Mężczyźni i kobiety w lożach i przy barze zaczęli śmiać się i rozmawiać z niedbałym ożywieniem. Pary ruszyły do tańca.
Siedząca obok Scotta szczupła i opalona dziewczyna o czarnych lśniących lokach opadających na ramiona skierowała ku niemu pytające spojrzenie.
- Chcesz, Brian?
Usta Scotta wykrzywiły się w wymuszonym uśmieszku.
- Chyba tak, Jeana. Można?
Wstał, a ona z wdziękiem wsunęła się w jego ramiona. Brian nie tańczył zbyt dobrze, lecz brak umiejętności nadrabiał dopasowując się do dziewczyny. Twarz Jeany, w kształcie serca, o wysokich kościach
policzkowych i jaskrawopurpurowych ustach, uniosła ku niemu.
- Zapomnij o Bienne'ie. On zwyczajnie stara się ciebie wkurzyć.
Scott zerknął w stronę oddalonej loży, gdzie dwie dziewczyny siedziały w towarzystwie mężczyzny - porucznika Fredericka Bienne z Oddziału Doone. Był to kościsty wysoki człowiek o zgorzkniałej twarzy, której regularne rysy stale wykrzywiał sarkastyczny grymas. Nad jego chmurnymi oczami wyrastały ciemne, krzaczaste brwi. Właśnie wskazywał na tańczącą parę.
- Wiem - powiedział Scott. - Udaje mu się. Ale do diabła z nim. Teraz ja jestem kapitanem, a on wciąż porucznikiem. Jego pech. Następnym razem posłucha rozkazu i nie wyłamie się z szyku próbując atakować taranem.
- Ach, to było tak? - spytała Jeana. - Nie byłam pewna. Sporo się o tym mówi.
- Jak zawsze. Och, Bienne nienawidzi mnie od lat. Z wzajemnością. Po prostu się nie znosimy. Zawsze tak było. Za każdym razem, kiedy awansowałem, ogryzał paznokcie. Jak dobrze policzyć, ma więcej lat służby ode mnie i zasługiwałby na szybszy awans. Tylko że jest zbytnim indywidualistą - w niewłaściwych momentach.
- Dużo pije - stwierdziła Jeana.
- Niech tam. Od trzech miesięcy jesteśmy w Twierdzy Montana. Chłopców męczy bezczynność - i takie właśnie traktowanie. - Scott kiwnął głową w stronę drzwi, gdzie Wolny Żołnierz spierał się z właścicielem. - Podoficerom wstęp wzbroniony. Szlag by to trafił.
Z powodu gwaru nie mogli dosłyszeć rozmowy, ale znaczenie jej było jasne. Po chwili żołnierz wzruszył ramionami, zmęłł w ustach
jakieś przekleństwo i wyszedł. Opasły facet w szkarłatnych jedwabiach wykrzykiwał słowa poparcia: - ...nie chcemy tu... żadnych... żołdaków!
Scott dostrzegł, jak porucznik Bienne wstał ze zmrużonymi oczami i podszedł ku loży tłuściocha. Jego ramiona drgały prawie niedostrzegalnie. Swoją drogą, do diabła z cywilami. Dobrze zrobi tej gliście, jeśli Bienne rozkwasi mu tłustą gębę. A tak się prawdopodobnie stanie. Grubasowi towarzyszyła bowiem dziewczyna i najwyraźniej nie miał on zamiaru rejterować, gdy stojący tuż przy nim Bienne mówił coś najwidoczniej obraźliwego.
Pomocniczy głośnik wyrzucił z siebie kilka szybkich sylab, które zaginęły w ogólnym tumulcie. Ale wyćwiczone ucho Scotta uchwyciło ich sens. Skinął Jeanie, cmoknął znacząco i rzekł:
- No, tak.
Dziewczyna także usłyszała. Pozwoliła Scottowi odejść. Skierował się w stronę loży grubasa akurat w chwili, gdy rozpoczęła się bójka. Cywil, czerwony jak indor, uderzył nagle, trafiając przypadkiem w chudy policzek Bienne'a. Porucznik, uśmiechając się nieprzyjemnie, zrobił krok w tył zaciskając pięść. Scott chwycił go za ramię.
- Spokojnie, poruczniku.
Bienne obrócił się patrząc z wściekłością.
- To nie twój interes. Pozwól...
Grubas spostrzegł, że jego przeciwnik ma odwróconą uwagę, poczuł przypływ męstwa i zaatakował. Scott sięgnął przed Bienne'em, waląc cywila na odlew w twarz i popychając energicznie. Grubas zatoczył się na swój stolik. Kiedy się pozbierał, ujrzał w ręku Scotta broń.
- Niech się pan lepiej zajmie robieniem na drutach - poradził mu oschle kapitan.
Tłusty mężczyzna oblizał wargi, zawahał się i usiadł. Pod nosem
mamrotał coś na temat tych przeklętych sukinsynów, Wolnych Żołnierzy.
Bienne starał się oswobodzić, gotów uderzyć kapitana. Scott schował broń do kabury.
- Rozkazy - powiedział wskazując głową głośnik. - Słyszałeś?
- ...mobilizacja. Ludzie Doone mają zameldować się w sztabie. Kapitan Scott w Administracji. Natychmiastowa mobilizacja...
- Tak - rzekł Bienne, choć wciąż wściekły. - Okej, zrozumiałem. Było jednak dość czasu, by rozgnieść tę gnidę.
- Wiesz, co znaczy natychmiastowa mobilizacja - mruknął Scott. - Może będziemy musieli od razu wyjechać. To rozkazy, poruczniku.
Bienne zasalutował niechętnie i odmaszerował. Scott skierował się ku swojej loży. Jeana zebrała już rękawiczki i sakiewkę i właśnie malowała usta.
Całkiem spokojnie popatrzyła mu w oczy.
- Będę w mieszkaniu, Brian. Powodzenia.
Pocałował ją szybko, świadom narastającego podniecenia, jakie powodowała perspektywa nowego starcia. Jeana rozumiała jego uczucia. Uśmiechnęła się do niego przelotnie, pogłaskała lekko po włosach i wstała. Wyszli prosto w wesoły rozgardiasz Szlaków.
Perfumowany wietrzyk owionął twarz Scotta, który skrzywił się z obrzydzeniem. Podczas karnawałów Twierdze były dla Wolnych Żołnierzy jeszcze mniej przyjemne niż zwykle. Bardziej dotkliwie odczuwali przepaść dzielącą ich od mieszkańców podmorskich miast. Scott utorował sobie drogę przez tłum, ciągnąc Jeanę Szlakami ku najszybszemu, centralnemu pasmu. Znaleźli miejsca siedzące.
Przy skrzyżowaniu w kształcie liścia koniczyny Scott opuścił dziewczynę kierując się w stronę Administracji, czyli grupy wysmukłych budynków w centrum miasta. Mieściły się tutaj główne biura techniczne i polityczne. Tylko laboratoria znajdowały się na przedmieściach blisko podstawy Kopuły. W odległości około mili od miasta stało kilka małych kopułek badawczych, ale te używane były jedynie dla co bardziej niebezpiecznych eksperymentów. Popatrzywszy do góry Scott przypomniał sobie katastrofę, która zjednoczyła naukę w coś w rodzaju wolnomularstwa. Ponad nim, nad centralnym placem, unosił się wolny od grawitacji globus Ziemi na wpół przykryty czarnym, plastykowym całunem. W każdej Twierdzy na Wenus znajdowała się identyczna, wieczna pamiątka po utraconej macierzystej planecie.
Spojrzenie Scotta powędrowało wyżej, ku Kopule, jak gdyby mogło przeniknąć impervium, głęboką na pół mili warstwę wody i pokrywę chmur aż ku zawieszonej w przestrzeni białej gwieździe, w jednej czwartej jaśniejącej jak Słońce. Gwiazda - oto wszystko, co pozostało z Ziemi od czasu, gdy dwa wieki temu wyzwolono siłę atomową. Plaga szerzyła się jak ogień, mieszając kontynenty i zrównując góry. W bibliotekach znajdowały się audiowizualne zapisy Apokalipsy. Powstała sekta religijna - Ludzie Nowego Sądu - która nawoływała do całkowitego zniszczenia nauki; do dziś jeszcze tu i ówdzie egzystują naśladowcy tego dogmatu. Ale sekcie wytrącono broń z ręki, kiedy technicy się zjednoczyli, zakazując raz na zawsze eksperymentów z siłą atomową i postanawiając, że użycie jej będzie karane śmiercią. Nie zezwalali też nikomu na przyłączenie się do ich społeczności bez uprzedniego złożenia „Przysięgi Minerwy”.
„...pracować dla maksymalnego dobra ludzkości. .. przedsiębrać wszelkie środki ostrożności przed krzywdzeniem ludzi i nauki... uzyskiwać od władz zezwolenie na podejmowanie ryzykownych eksperymentów niosących niebezpieczeństwo ludzkości... nie zapominać nigdy o rozmiarach pokładanego w nas zaufania i na zawsze pamiętać o śmierci macierzystej planety spowodowanej niewłaściwym użyciem wiedzy...”
Ziemia. Scott pomyślał, że musiał to być dziwny świat. Na przykład światło słoneczne nie przefiltrowane przez pokrywę chmur. W dawnych czasach na Ziemi pozostało niewiele niezbadanych obszarów. Ale tutaj, na Wenus, gdzie nie opanowano jeszcze kontynentów - oczywiście nie było takiej potrzeby, skoro wszystko, co potrzebne do życia, mogło być wytworzone pod Kopułami - tutaj na Wenus, było jeszcze pogranicze. W Twierdzach królowała wysoko wyspecjalizowana kultura społeczna. A na powierzchni istniał pierwotny świat, gdzie tylko Wolni Żołnierze mieli swoje forty i flotę. Flota służyła do walki, a w fortach mieszkali technicy, którzy dostarczali najnowszych środków do prowadzenia wojen, nauki zamiast pieniędzy. Twierdze tolerowały wizyty Wolnych Oddziałów, ale nie zapewniały im miejsc na kwatery główne, tak gwałtowna była niechęć ludzi, tak ostry w ich umysłach rozłam między wojną a postępem kultury.
...
[ Pobierz całość w formacie PDF ]